Silent Hill opisany dźwiękami czyli Deathconsciousness!!!
Orgazm, orgazm i jeszcze raz orgazm! Takie uczucie przychodzi mi na myśl kiedy mam opisać debiutancką produkcje grupy Have a Nice Life!
Na samym początku chciałbym powiedzieć tym, którzy słyszeli gdzieś
że album ten jest albumem roku 2008. Tak pod warunkiem, że nic już nas nie zaskoczy, to Deathconsciousness może się stać naprawdę najbardziej niesamowitym zjawiskiem w roku pańskim 2008. Gdy po raz pierwszy założyłem słuchawki na uszy i w środku lasu odpaliłem te wydawnictwo myślałem, że zaraz porwie mnie czar
dźwięków w samo serce lasu, do pradawnych duchów matki natury.
Przestraszyłem się trochę i przeszedł mi dreszcz gdy zabrzmiały
pierwsze dźwięki. Czemu? Bo tu wszystko jest dziwne.
Muzyka taka nie spodoba się raczej słuchaczom tandety do których
przyzwyczajają nas nasze kochane polskie media. Za skomplikowana
na Feel, za brzydka na Dode, za mało pokoleniowa na Kombii. Na
szczęście przymiotniki te tylko dodają siłę tym kompilacją. Więc
cóż to właściwie jest? Jest to coś w rodzaju post-rockowego
Shoegaze’u łączącego w sobie eksperymentalne dźwięki. Na dodatek
tworzone przez 2 panów w domowym zaciszu(!!) Jakby tego było mało jest to ich debiut. Coś niewiarygodnego, coś mistycznego,
brudnego, złego, tajemniczego a jednocześnie bardzo znajomego.
Jak oni mogli mi to zrobić? Czasem przecież trzeba całego sztabu
dźwiękowców i muzyków by zrobić album tak oparty na muzyce . Chłopaki nagrywali wszystko 4 lata domowymi sposobami. Ale co właściwie jest na płytach?
Muzyka mistyczna. Coś jakby Radiohead połączona z psychodelicznymi dźwiękami zaduszonych gitar. Coś jak przejażdżka na drugą stronę lustra, po której powrót do rzeczywistości jest ciężki i wiąże się z bólami glowy. Taki mały psychodramatyczny teatrzyk opisanymi słowami i minimalistyczną porcją dźwięków. Absolutny wymiatacz na płycie czyli “Bloodhail” wprowadza nas w otchłanie naszej mrocznej osoby. Jest to kawałek wolny, nasycony bólem, a przypominam, że muzyka ta to nie żaden metal, czy ciężki rock. To po prostu psychoza, dobra na zwiedzanie wszechświata zakręcona niczym słoik na zime gotowy do uwolnienia smaku i aromatu produktu. Na szczególną uwagę zasłużył też niespełna 10 minutowy utwór “Hunter”, w którym od mniej więcej 6 minuty zaczyna się właściwa przejażdżka. Wyobrażcie sobie teraz największy rollercoaster świata, pędzący z dużą prędkością w dół. Taką przejażdżkę zafundował mi ten kawałek. Kto pamięta motyw przewodni filmu “Requiem dla snu” będzie mile zaskoczony, bo w ostatnich minutach spotykamy się z podobnym zjawiskiem.
Reszta kawałków trzyma poziom swoich wymiataczy, aż nie wiem co o nich napisać, bo musiałbym przywoływać skojarzenia na miarę
człowieka z zaawansowaną schizofrenią.
Dla ludzi nie bojących się eksperymentów i znudzonych
codziennością tandety będzie to spełnieniem ich marzeń. Całą
resztę zapraszam do kupna Video i Ani Wyszkoni.A właśnie! Kto to
do cholery jest Ania Wyszkoni???
“Dawid Sowiński”
-
Archiwa
- Styczeń 2010 (1)
- Marzec 2009 (2)
- Luty 2009 (3)
- Listopad 2008 (3)
- Październik 2008 (11)
-
Kategorie
-
RSS
Wpisy RSS
Komentarze RSS

