Miesnataczka

Blog z tekstami o muzyce

Muzyka pierwszej połowy 2008 roku.

Tak wiem, nie da się ocenić i przesłuchać wszystkich albumów muzycznych i dogodzić tym szerszej grupie fanów tego środka przekazu. Wybrałem 10 płyt pierwszej połowy roku 2008 sugerując się zmianami w muzyce, emocjami a także kunsztem artystycznym.

Fakt, nie był to jakiś dobry okres dla muzyki, więc nie spodziewajcie się wielkich dźwiękowych spazmów. Za to poniższe zestawienie, w którym kolejność jest oczywiście jak najbardziej przypadkowa, pomoże wam wybrać coś dobrego.

Waglewski, Fisz, Emade – Męska Muzyka

Nie jestem w stanie powiedzieć nawet na oko (lub ucho) ile razy przesłuchałem ten album. Na
pewno dużo. Muzyka typowa dla facetów, brzmi dżentelmeńsko a połączenie z klimatem dusznych barów zafundowało nam jeden z najlepszych albumów tego roku. Waglewski jest już postacią kultową w muzycznym świecie Polski, a jego synowie dumnie reprezentują nurt zwany jako “ambitny hip-hop”. Album odniósł duży sukces, a muzycy chętnie zapraszani są na festiwale i koncerty. Gorąco polecam. W sam raz samotne wieczory. Jeszcze lepsze na wieczory w których partnerka smacznie śpi w łóżku obok, a my wpatrzeni w nią dzięki muzyce dajemy się ponieść euforii istnienia.

O.S.T.R. – Ja tu tylko sprzątam

Adam Ostrowski ma manię “sprzątania” po kiepskich wykonawcach hip-hopowych powtarzając w kółko, że on “gra prawdziwy hip-hop”. Trudno jednak z nim się nie zgodzić bo aktualnie jest jednym z lepszych wykonawców tejże muzyki w Polsce, a nowy album tylko to podkreśla. Jasne, 50% słuchaczy HH zaraz burknie, że się sprzedał, że oprócz palenia jointów nie ma nic w spólnego z podwórkową muzyką. Racja, ale czy te 50% słyszało takie słowo jak “progres”? Czy mając żonę, dziecko, wykształcenie trzeba dalej śpiewać o blokach i szarej rzeczywistości? Oczywiście są i takie rymy czy porównania, a także szydera z polityków, służby zdrowia, aktorów pchających się na siłę na salony ale wszystko podane w cywilizowany a jednocześnie bardzo “zajebisty” sposób.

The Mars Volta – The Bedlam In Goliath

Beznadziejne dźwięki, kiepskie wokale, usypiające kawałki które od pierwszego włączenia płyty
mamy ochotę przełączać z nadzieją, znalezienia czegoś lepszego. Strasznie poważni jegomoście i słabe teksty. Tego oczywiście na tej płycie nie ma!. A co jest? Jak zwykle wszystko. Potężny wykop mieszanki wielu gatunków muzycznych, które kopią nam dupę mocniej niż jakikolwiek Terminator

Have A Nice Life – Deathconsciousness

O tym albumie napisano zapewne niejeden poemat w sieci. Niejeden natomiast krytyk zbluzgał go niczym ksiądz jakiegoś większego ateistę. Taaaak, ta płyta jest zła. Jest bardzo zła, jest w
niej wiele bólu, cierpienia, flaków z olejem przyczepionymi mackami do bezkresu naszej
odbytnicznej spuścizny minimalizmu. Ale tak naprawdę Panie i Panowie ten materiał nie ma nic
wspólnego z metalem. To raczej połączenie Shoegazu, może Post-Rocka czy alternatywy. Ta płyta ma zabijać dźwiękami i przenosić nas w krainę koszmarów sennych przy czym paradoksalnie, ma nam się to podobać. Dwójka chłopaków nagrywała ten materiał minimalnymi kosztami. Co było potrzebne? Pokój z komputerem i mikrofonem do niego wbudowanym(!!!). Fakt nagrywali to wszystko długo ale pokazali, że muzykę można tworzyć z pasją. Aha i – jakby tego było mało – jest to ich debiutancka płyta.

M83 – Saturdays=Youth

Chyba nie było jeszcze w tym roku tak romantycznej płyty!! Co prawda, każdy posiada swoistą
wrażliwość na estetykę piękna, jednak muzyka ta sprawi przyjemność dla duszy nawet najbardziej
opornego Macho! Płyta otwiera się przed słuchaczem w sposób zadziwiający. Oto czując woń
unoszonego się shoegaze’u muzycy maksymalnie “uPOPowili” nagrania wzorując się muzyką z przed dwóch dekad. Ciepłe syntezatory, dodają tylko majestatu baletnicy, która wytańczyła ów
materiał, a która ciepłymi słowami zaprasza nas do włączenia się w ten balet. I wcale nie
musimy się martwić, że nie potrafimy go tańczyć! Muzyka na zimne wieczory, muzyka na ciepłe
wieczory, muzyka na randkę, muzyka przed zaśnięciem, czy wreszcie muzyka do refleksji. Samotnym samcom proponuje włączyć tę kompilacje Pani, którą dzisiaj mamy zamiar zaprosić na kolacje. Wtedy zakończy się ona śniadaniem.

Renton – Take Off

Po ubiegłorocznym sukcesie Much, gdy Polska zbzikowała na punkcie indie, popu i alternatywnego rocka zespoły tego typu wyrosły jak grzyby po deszczu. Ale jak alkoholik po zagraniu długiego hejnału większość z nich spadała niestety na ziemię, zostawiając po sobie jakiś singlowy utwór.Z zespołem Renton było zupełnie odwrotnie. Nie spadły na ziemię, nie powtórzyły sukcesu Much, ale jednak nagrali bardzo dobry debiut. Czad! tak można określić pierwszą płytę Rentonu. Są tu cholernie wpadające w ucho kawałki z pogranicza garażowego/szkolnego rocka połączone z przebojowością muzyki pop. Muzyka na deskę, na plaże, na imprezę, na biegi czy trening w koszykówkę oraz oczywiście na parkiety klubów. Ciekawe czy nastoletnie dziewczyny także tracą dziewictwo na ich koncertach, jak w przypadku Much.

Lao Che – Gospel

Lao Che i wszystko jasne. Albo się ich nie lubi albo uważa się ich za cholernie oryginalny
zespół słowiański. Szerzej o nich Polska mogła usłyszeć gdy wydali album “Powstanie
Warszawskie”, akurat gdy te historyczne wydarzenie zrobiło się “modne” w naszym kraju. (ale to
musi brzmieć!). Szczęście w nieszczęściu ludzie zaczęli chodzić do Muzeum Powstania
Warszawskiego, interesować się Polską itp., a zespół Spiętego zbierał same laury w mediach.
Teraz nowa płyta i nowe nadzieje…a także nowy concept. Przypomnijmy, że przed “Powstaniem”
była płyta o gusłach nazywająca się po prostu “Gusła”. Nowa kompilacja opowiada o religii,
Bogu, naszym człowieczeństwie i innych świętościach. Połączenie religii i rocka nigdy się nie
udawało, a tu proszę. I Aniołowie i Demony będą zadowoleni!!

Coldplay – Viva la Vida or Death and All His Friends

Na ten album czekał chyba cały świat – i wcale nie przesadzam. Coldplay, zespół już kultowy
sprzedaje masę płyt, wspaniale koncertuje a głos Chrisa dopełnia tę muzykę niczym papieros po
seksie. Nowa płyta odświeża kunszt zespołu, nadając mu nowe fale. Zespół dojrzał, postarzał się
i próbuje już nie grać tak ładnie jak wcześniej. Z jednej strony to źle, a z drugiej nie
przeżyłbym znowu takiego samego grania jak na dwóch pierwszych płytach. Każdy zespół powinien się odpowiednio rozwijać, a im to wyszło wyśmienicie. Viva la Coldplay!

Sigur Rós – Með suð í eyrum við spilum endalaust

Z pisaniem na temat Sigur Rós’a jest ciężka sprawa, gdyż nawet najdoskonalsze opisy nie
przybliżą czytelnikowi fenomenu Islandczyków. Płyta łatwiejsza niż pozostałe, dlatego może
świetnie posłużyć się za doskonały początek do zwiedzania magicznych, minimalistycznych
dźwięków jednej z najbardziej oryginalnych grup świata!!

Strachy na Lachy – Zakazane piosenki

Grabaż wziął się za undergroundowe piosenki lat 80-tych, które raczej chętnie w tamtych czasach
nie były puszczane. Mamy więc covery Siekiery, Izraelu, Kryzysu czy Malarzy i żołnierzy. Jak
zwykle wszystko podlane charyzmatycznym głosem śpiewającego! Jeśli lubisz Piżdame Porno, muzykę Strachów lub po prostu potrzebujesz odświeżenia starej polskiej sceny niezależnej – odpalaj i poczuj się jak buntownik za czasów PRL’u!!

M83 – Kim&Jessie

Coldplay – Lost

“Dawid Sowiński”

Październik 3, 2008 Posted by | alternatywa, indie, muzyka, pop, post-rock, punk, rock, shoegaze | , , , , , , , | 2 komentarzy

Czesław śpiewa, Polska słucha.

“Gdy emocje już opadły jak po wielkiej bitwie kurz”, można na spokojnie przyjrzeć się fenomenu Czesia. Jakiego Czesia? Bynajmniej nie tego z “Władcy Móch”.

Troszkę namieszał, wszędzie o nim głośno a jego profil na youtube przeżywa prawdziwe oblężenie. Lansowanie go w Radiowej Trójce tylko mu w tym pomogło a występ w tegorocznym OFF Festiwalu Artura Rojka powiedzieć miał szerszej grupie słuchaczy, że warto.

Czesław Mozil(28l) z pochodzenia Polak, jeszcze do niedawna (od 5 do 28 roku życia) mieszkał w Kopenhadze, gdzie uczęszczał do Royal Danish Music Academy. Wrócił jednak do Polski by nagrać swój “Debiut”. I właśnie tak nazwana płyta 7 kwietnia 2008 trafiła na półki sklepowe by porażać nas swoją oryginalnością. Ale czy oby na pewno?

“Gdybym miał kierować się tym, czy solówka gitarowa jest mile widziana w świecie muzycznym w roku 2008, lub czy akordeon sprawi, że wielu słuchaczy odpadnie, to bym tej płyty nie nagrał” – wspomina w wywiadzie dla sklepu internetowego Empik.com.
Tak zaczarował Katarzynę Nosowską, że zagrał nawet na akordeonie w szalenie sławnym koncercie Hey’a – MTV Unplugged. Teraz gra już jako “Czesław Śpiewa” a jego koncerty są pełne żywiołu i ludzie przed sceną jednogłośnie śpiewają jego piosenki.

Więc co jest jego Fenomenem? Czy może język w którym usłyszeć można że ów człowieczek nie wychował się jednak na Polskim podwórku? Czy może specyficzne podejście do muzyki, przeplątany miejski folk z kabaretem śpiewanym i pojawiającym się gdzie nie gdzie zalążkiem alternatywy?
Tekstami? Przecież teksty nie są jego autorstwa tylko internautów(!!), piszących z pomocą krakowskiego poety Michała Zabłockiego. Nie wiadomo, naprawdę trudno jest jednoznacznie orzec co takiego może podobać się w tym albumie. Utwory napisane są bardzo prosto i przyjemnie a teksty są uniwersalne. I może tak naprawdę to o to chodzi? To, że w tej prostocie każdy może odnaleźć coś dla siebie? To, że słowo śpiewane trafia do każdego budząc w nim różnorakie odczucia?

Jedno jest pewne. Na rynku muzycznym brak takiej muzyki i to może my podświadomie ją wybraliśmy . Fakt głosu Grabowskiego to on nie ma, a niektóre utwory zmuszają do refleksji, niektóre zaś powodują uśmiech na twarzy. Jednak jeśli wszystko inne się wam znudziło zachęcam do sprawdzenia tego materiału. Jak się nie spodoba zawsze można nie słuchać.

“Dawid Sowiński”

Październik 3, 2008 Posted by | folk, muzyka | , , | Dodaj komentarz

Długo oczekiwany debiut Out Of Tune

Biegam, szukam, wypatruje.No nigdzie! Nigdzie nie moge dostać debiutanckiej płyty Out OF Tune. Normalnie myślałem, że to jakiś spisek. Że może płyty w ogóle nie ma? Ale jeszcze poszukam.

Cholera!, jeszcze chwi(iiiii)la i kupie Feela! – Myślę sobie a może kupie obie? Nie nie chce tego, chce od chłopaków materiału dobrego! Out Of tune, o tym się mówi, nasza scena indie nas już więcej nie zgubi, materiał na który każdy czeka, a dostarczyciel płyt do sklepów z tym zwleka. Załamany podpieram się ściany, i co ja teraz zrobię może ktoś mi podpowie? Może da namiary bym zdobył ten album wspaniały?

Tak mniej więcej to u mnie wyglądało, a i obserwując społeczność internetową bylo podobnie. Młody warszawski zespół narobił trochę hałasu wydając epke ze swoim “Killer pop machine”, był promowany w radiowej trójce a nawet zagrał w tamtym roku na scenie młodych talentów na Openerze w Gdyni. Ładnie, ładnie przyszłe gwiazdy się szykują. I dużo w tym racji, na koncertach tłumy ludzi żądnych takiej muzyki i długo oczekiwanego debiute. Debiutu który tak naprawdę nic do sceny nie wnosi. Jestem przekonany, że gdyby muzycy wydali swoją płytę w tamtym roku, to było by coś. A teraz? Przecież były Muchy, był Renton, L.Stadt The car is on fire czy Organizm. Niedługo wydadzą Rotofobia czy Hatifnats więc płyta Out of tune przysłowiowego “szału nie robi” A jeżeli ktoś odkryje tu oryginalność, to lepiej niech się w kolumbów nie bawi, bo chłopaki raczej jak pewni dwaj bracia “ukradli księżyc”.

Polskie kawałki jeszcze przejdą. Miło słyszeć jeszcze nasz ojczysty język, ale na Boga! czemu, aj czemu po ingliszu? Przecież taka muzyka grana w naszym światowym uniwersalnym języku brzmi jak każda swojsko-wiejska kapelka. “Plastikowy” Jeszcze przejdzie. Fajnie skomponowany popik, raczej przebojowy więc się przyjmie. “Nie próbuj” też spoko, luzacki taki akuratny. “Przywidzenia” już troszkę gorzej wypada, i podczas słuchania tej piosenki zauważyłem, że wokalista-Pan Eryk, raczej jakiegoś dobrego głosu to nie ma. Czasami na karaoke słyszałem podobne wykonania. “Confidence”, jest fajnie skomponowany z transikowymi sampelkami i może nieźle wypadać na żywo. “Ink-A-Bink” Też jest dość oryginalnie skomponowany, tylko nie wiem po co tam te cięcia gitar. Bez nich byłby fajny klimacik typu na święta Halloween. “What You’re Missing” jest fajne. Takie Rentonowskie. No naprawdę. Jest niezłe.
I chyba słowem “niezły” należy okreslać debiutancki album Out Of Tune. Troszkę namieszali bo nie wiem czy chłopaki mają ogólny zarys co chcą grać. Płyta jest jakaś taka bez konceptu. Może to i dobrze, że nie jest “na jedno kopyto”, ale znowu szkoda, że jest pomieszana. Troszkę Disco-Punku(nienawidzę tego określenia), trochę popu, troszkę gitar i jakiejś tam otoczki indie. Ciekawostka, można posłuchać jak ktoś nie ma styczności z taką muzyką na co dzień. Inni natomiast będą znużeni powtarzającymi się schematami. Za to koncerty mają kozackie. Tyle.

“Dawid Sowiński”

Październik 3, 2008 Posted by | indie, muzyka, pop | , , | Dodaj komentarz

Silent Hill opisany dźwiękami czyli Deathconsciousness!!!

Orgazm, orgazm i jeszcze raz orgazm! Takie uczucie przychodzi mi na myśl kiedy mam opisać debiutancką produkcje grupy Have a Nice Life!

Na samym początku chciałbym powiedzieć tym, którzy słyszeli gdzieś
że album ten jest albumem roku 2008. Tak pod warunkiem, że nic już nas nie zaskoczy, to Deathconsciousness może się stać naprawdę najbardziej niesamowitym zjawiskiem w roku pańskim 2008. Gdy po raz pierwszy założyłem słuchawki na uszy i w środku lasu odpaliłem te wydawnictwo myślałem, że zaraz porwie mnie czar
dźwięków w samo serce lasu, do pradawnych duchów matki natury.
Przestraszyłem się trochę i przeszedł mi dreszcz gdy zabrzmiały
pierwsze dźwięki. Czemu? Bo tu wszystko jest dziwne.

Muzyka taka nie spodoba się raczej słuchaczom tandety do których
przyzwyczajają nas nasze kochane polskie media. Za skomplikowana
na Feel, za brzydka na Dode, za mało pokoleniowa na Kombii. Na
szczęście przymiotniki te tylko dodają siłę tym kompilacją. Więc
cóż to właściwie jest? Jest to coś w rodzaju post-rockowego
Shoegaze’u łączącego w sobie eksperymentalne dźwięki. Na dodatek
tworzone przez 2 panów w domowym zaciszu(!!) Jakby tego było mało jest to ich debiut. Coś niewiarygodnego, coś mistycznego,
brudnego, złego, tajemniczego a jednocześnie bardzo znajomego.
Jak oni mogli mi to zrobić? Czasem przecież trzeba całego sztabu
dźwiękowców i muzyków by zrobić album tak oparty na muzyce . Chłopaki nagrywali wszystko 4 lata domowymi sposobami. Ale co właściwie jest na płytach?

Muzyka mistyczna. Coś jakby Radiohead połączona z psychodelicznymi dźwiękami zaduszonych gitar. Coś jak przejażdżka na drugą stronę lustra, po której powrót do rzeczywistości jest ciężki i wiąże się z bólami glowy. Taki mały psychodramatyczny teatrzyk opisanymi słowami i minimalistyczną porcją dźwięków. Absolutny wymiatacz na płycie czyli “Bloodhail” wprowadza nas w otchłanie naszej mrocznej osoby. Jest to kawałek wolny, nasycony bólem, a przypominam, że muzyka ta to nie żaden metal, czy ciężki rock. To po prostu psychoza, dobra na zwiedzanie wszechświata zakręcona niczym słoik na zime gotowy do uwolnienia smaku i aromatu produktu. Na szczególną uwagę zasłużył też niespełna 10 minutowy utwór “Hunter”, w którym od mniej więcej 6 minuty zaczyna się właściwa przejażdżka. Wyobrażcie sobie teraz największy rollercoaster świata, pędzący z dużą prędkością w dół. Taką przejażdżkę zafundował mi ten kawałek. Kto pamięta motyw przewodni filmu “Requiem dla snu” będzie mile zaskoczony, bo w ostatnich minutach spotykamy się z podobnym zjawiskiem.

Reszta kawałków trzyma poziom swoich wymiataczy, aż nie wiem co o nich napisać, bo musiałbym przywoływać skojarzenia na miarę
człowieka z zaawansowaną schizofrenią.

Dla ludzi nie bojących się eksperymentów i znudzonych
codziennością tandety będzie to spełnieniem ich marzeń. Całą
resztę zapraszam do kupna Video i Ani Wyszkoni.A właśnie! Kto to
do cholery jest Ania Wyszkoni???

“Dawid Sowiński”

Październik 3, 2008 Posted by | alternatywa, muzyka, post-rock, shoegaze | , , , | Dodaj komentarz

Kombii wchodzi na parkiet klubów, czyli o nowej płycie D.A.N.C.E. słów kilka.

Na samym początku chciałbym zaznaczyć że kompletnie nigdy nic mi nie rosło, nie świeciły mi oczy, ani zacierki lepiej mi nie smakowały gdy słuchałem głosu Skawińskiego. Nie oznacza to jednak, że nie pokładałem nadziei nad najnowszą produkcją grupy Kombii.

Dlaczego? Bo miały to być remiksy wszystkich znanych szlagierów zespołu atakujących bezguście naszego narodu. Media karmiły nas przez tyle lat tymi kawałkami, że większość czytających ten tekst zapewne bezproblemowo może zanucić pare utworów. O “Pokoleniu” nie wspomnę.

Gdy tak znana i sprzedawana marka niczym najnowszy Iphone odrywa łatki od swej komercyjnej działalności, wypuszcza na chwile przed startem sezonu klubowego, płytę z remixami ich największych przebojów wymieszanych z klubowymi beatami, to liczy na miejsca w młodziezowych klubach. I tu niestety zespół się przeliczył niczym Kaczyński w sondażach.

Nie wiem czy ostatnio słyszałem tak denne numery. Jeżeli przy takich kawałkach ma zamiar się imprezować aktualna generacja młodzieży polskiej to radziłbym im lepiej spędzić wieczór przy serialach brazylijskich. Już tak spędzając czas możnaby się lepiej bawić.

Pierwsza wersja hitu “Awinion” (A jest ich aż 4!) jeszcze ujdzie. Ma jakiś tam rytm, cięższe sample i po 4 piwach zauważając jakąś ponętną niewiastę może i bym się przyłączył do tańca. Następne 3 to jednak kara boska, które nie zmusiły by do “wejścia na parkiet” człowieka z ADHD. Jedziemy dalej.
“Pokolenie” także pojawia się 4 razy. No ładnie. 2 tytuły a już 8 miejsc w kompilacji zapełnionych.
Prawie jak magia. A jak wykonanie? Tutaj raczej też nic odkrywczego. Chyba jedyną siłą jest tekst
utworu, który trafi(ironizując) do każdego pokolenia. Muzycznie za spokojnie, mizernie i bez polotu.
Spokojnie można przy nich zasypiać.”Sen się spełni” występuje 3 razy z czego pierwszy i ostatni znaczaco się nie różni. Średnie wykonanie.Znalazło się miejsce także na remix w stylu R’n'B piosenki “Myślę o Tobie”. Szczerze? Gdyby takie numery leciały w klubach niedoświadczylibysmy raczej seksownych wygięć figur płci pięknej. A styl R’n'B z tym się powinien kojarzyć.

Nie mam zamiaru dokonywać wyliczeń następnych utworów w tym wydawnictwie. Oczywiście znajdziemy tam także “Słodkiego miłego życia” czy “Nasze Randez Vous”, ale i one mimo iż brzmią sentymentalnie i znajomo nie ratują się zbytnio. O wiele lepiej brzmią ich oryginalne wersje. Paradoksalnie rzecz biorąc najmocniejszą przeróbką naszego polskiego zespołu jest ich angielskojęzyczny utwórur “You Are Wrong” przy którym pisząc ten tekst, noga frywolnie mi podskakiwała dając do zrozumienia że kawałek został zremixowany należycie.

Podsumowując, album(wydawnictwo składa się z 2CD), przedstawia się mizernie. Nie znalazłem tam wiele z tytułowego “dance”.

“Dawid Sowiński”

Październik 3, 2008 Posted by | muzyka | , , | Dodaj komentarz

   

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.