Miesnataczka

Blog z tekstami o muzyce

Soap&Skin “Lovetune For Vacuum”

Młoda, osiemnastoletnia, austriacka wokalistka wydaje debiut. Ale “Lovetune for Vacuum” to debiut jakże dojrzały.  Już na początku, po pierwszych kilku sekundach muzyki wiedziałam, że ona całą płytą trafi w moje serce, otóż gra na pianinie – a ja przecież uwielbiam ten instrument

Wiem, że trzeba mieć niesamowity talent i wyczucie tworząc utwory na pianinie.  Do tego Anja Plaschg ma piękny głos i odpowiedni do muzyki,  którą tworzy – tajemniczej, mrocznej, pełnej sekretów, gotowej wciągnąć słuchacza w swoje sidła przy każdym nowym puknięciu w klawisz. To straszne uogólnienie, więc teraz przejdę już do konkretnych utworów, które po prostu mnie zachwyciły.  Na pierwszym miejscu stawiam “Spiracle”.  Można sobie przywołać wspomnienia z dzieciństwa słysząc śpiew i tekst “When I was a child…”.  Jest to zarazem pierwszy singiel. Później “The Sun” – czy pierwsze dźwięki nie przyspieszają rytmu serca? Takie emocje wzbudza muzyka wypływająca z pianina, na którego klawiszach tkwią dłonie Anji.  Jest też na tym albumie kawałek, którego obecność jest wręcz obowiązkowa biorąc pod uwagę instrument – czyli bez śpiewu, utwór z samą melodią na czele. Takim utworem jest wzruszający “Turbine Womb”.  Tak więc są utwory, spokojne, do poduszki, ale i takie, których słuchanie wywołuje ciarki na całym ciele („Sleep”, „Marche Funebre”). Utwory tworzone całkowicie na pianinie, ale również i takie z domieszką elektroniki i skrzypiec.  Na pewno żadnego utworu na tej płycie nie można ot tak sobie pominąć. Każdy ma swój urok, żaden nie jest nudny, może i dzięki oryginalnemu głosowi Anji, ale przecież utwór bez śpiewu też jest świetny. Album pochłania słuchacza od pierwszych sekund, nawet jeśli chcesz mu się oprzeć, to nie możesz, nie chcesz robić nic innego, tylko słuchać i słuchać… dochodzisz do końca i włączasz jeszcze raz utwór “Sleep” i każdy wie co nastepuje dalej. Płyta jest więc bardzo osobista, smutna, ale na tym polega jej ideał i piękno.

Marzec 29, 2009 Posted by | Uncategorized | | 1 komentarz

Glasvegas – Glasvegas

Słyszałem kiedyś opowieść o pewnym facecie który niczym uniwersytecki Casanova szukał tej jedynej. A bynajmniej tak mówił. Ów młodzieniec – lub starszy jegomość, do wyboru – beztrosko przeżywał życie wiążąc się na góra tydzień z jakąś niewiastą, po czym smakował innej. Było mu dobrze, kolorowo, raz jedna podobała mu się bardziej – raz inna wcale.

Pewnego razu podczas zakraplanej imprezy w znanej izbie, usłyszał od cudzoziemca o pięknie rokującej młodej damie. Dama ta młoda była jeszcze więc bohater naszej opowieści musiał poczekać aż ukończy wiek gotowy do ożenku. Do tego czasu, miał jej nie widzieć, by nie robić sobie przysłowiowego smaku.

Kronikarze poczytnego dziennika, wspominali o niej w jednej ze swoich stałych rubryk. Pewien autor tekstu, porównać ją miał do muzy Placebo, wychwalanej w tamtych czasach. Nasz bohater po przeczytaniu tej rubryki strasznie się ucieszył, gdyż muza Placebo była kiedyś dla niego wzorem tej jedynej.

Kiedy Glasvegas (bo tak na imię miała mieć jego wybranka) osiągnęła wiek pełnoletności i Rodzice wypuścili ją na świat, od razu postanowiła spotkać się z naszym bohaterem. A że po drodze młodzieniec, nasłuchał się nadto jakim cudem jest owa kobieta, tym bardziej był strasznie rozpalony. Mówiono o niej wszędzie w samych superlatywach. Rzadko komuś się nie podobała. Miała być nadzieją nowych muz zza morza. A wiadomo, że za morzem podobno kiedyś same piękne muzy żyły.

Gdy ją zobaczył w końcu, uradował się niezmiernie. Wyglądała ładnie. Jej strój przypominał stroje sławnego projektanta wtedy – Vincenta Van Gogh’a. Młodzieniec więc nie zwlekając, poszedł z nią robić to co się robi w takich chwilach. Zrobił to jeden raz. Nic. Drugi raz. No bez szału. Trzeci. Czwarty. Piąty. Po czym poszedł przespać się najpierw z Animall Collective, potem z Panią White Lies.

Dla naszego bohatera, Pani ta wrażenia nie zrobiła. Czasami Powtarzała tylko “beeeejbeeeeee, beeeeeejbeeeeee”, czasami brzmiała jak kiepska kopia starszej damy nazwiskiem Oasis. Gdyby ta Szkocka młoda dziewczyna przypominała chociaż pannę Franz i pannę Ferdinand. No ale nie. Raczej racje mieli Ci, którzy głosili że trudno jednoznacznie coś o dziewczynie powiedzieć. Trudno ją sklasyfikować podczas stosunku. Ani to niewinna i leżąca spokojnie dziewica, ani wyuzdana kurtyzana. Jej chimery są różne, nie zachowuje się od początku do końca logicznie, przez co trudno nadążyć o co jej tak naprawdę chodzi. I naprawdę, ale naprawdę. Głos miała fatalny.

Cóż – młodzieniec pomyślał, trzeba szukać dalej.

“Dawid Sowiński”

Marzec 23, 2009 Posted by | indie | , | Dodaj komentarz

   

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.