Miesnataczka

Blog z tekstami o muzyce

The Dead Weather

Wszystkie nowe i młode zespoły (szczególnie ich natłok z wysp), powinny się uczyć od Jacka White’a jak się zakłada nowy projekt.

To już powoli się robi dziwne. Rozumiem, że można mieć wiele pomysłów na minutę i „babrać” się wieloma projektami na raz. Ale jak do ciężkiej cholery, udaje się Jackowi zamieniać rzeczy na pozór proste, w muzyczne perełki, chowane gdzieś w muszlach dzwięków, które otwierają się wraz z wzrostem skupienia na ich muzyce? Jak ze spokojnego głosu Alison, uczynił wokal który stasznie intryguje i przywołuje na myśl jakiś psychodeliczną manifestacje, w brudnych realiach gdzieś na tyłach poniszczonego pick-upa? Czemu tym razem zasiadł za perkusją, zostawiając jego miejsce Panu Dean Fertita z Queens Of The Stone Age? Jak udało im się w 3 tygodnie nadać taka wielowarstwowość muzyki, kojarzącej się z garażem i podpitymi kumplami na próbach? I skąd do cholery ten wyczuwalny regresywny blues?

Powiem szczerze, że nie będe oryginalny przywołując także określenia gorących nadymionych barów i garstki ludzi pod sceną, na małym koncercie jakiegoś zespołu garażowego. Wszystko to już zostało powiedziane zapewne nie raz, ale w tym wypadku trudno o bardziej trafne spostrzeżenie. Czasem słuchając takiego „Treat me like your mother”, mam wrażenie że lider The White Stripes potrafi manipulować muzyką, na tyle że tworzy on muzykę opartą na muzyce. Tak jak Tarantino tworzy filmy oparte na kinie. I oczywiście w obydwu wypadkach przychodzi to na korzyść odbiorcy. Cieszy także pazur muzyczny ukazany za pomocą ostrych cięć Deana. Jack co prawda śpiewa troszkę z Alison jednak to Ona i właśnie Dean wysuwają się na pierwszy plan.

Właśnie takie surowe dźwięki powinny przypomnieć młodszym kolegom, że muzyka to nie tylko delikatne pieszczenie gitar na wyspach, ale także cała otoczka która tworzy klimat. A The Dead Wether właśnie dzięki klimatowi wykrzyczanych, piskliwych momentów jest jak najbardziej przekonywujący. Do tego stopnia nawet, że gdy podgłośniłem taki „I Cut like a buffalo” który jest swoistym miksem styli, odleciałem na tyle że przez chwilę dałem się wciągnać w te zmieszane klawiszami garażowe krzyki. A gdy już człowiek na tyle odlatuje przy muzyce może to znaczyć tylko jedno.

Styczeń 26, 2010 Posted by | Uncategorized | 1 komentarz

Soap&Skin “Lovetune For Vacuum”

Młoda, osiemnastoletnia, austriacka wokalistka wydaje debiut. Ale “Lovetune for Vacuum” to debiut jakże dojrzały.  Już na początku, po pierwszych kilku sekundach muzyki wiedziałam, że ona całą płytą trafi w moje serce, otóż gra na pianinie – a ja przecież uwielbiam ten instrument

Wiem, że trzeba mieć niesamowity talent i wyczucie tworząc utwory na pianinie.  Do tego Anja Plaschg ma piękny głos i odpowiedni do muzyki,  którą tworzy – tajemniczej, mrocznej, pełnej sekretów, gotowej wciągnąć słuchacza w swoje sidła przy każdym nowym puknięciu w klawisz. To straszne uogólnienie, więc teraz przejdę już do konkretnych utworów, które po prostu mnie zachwyciły.  Na pierwszym miejscu stawiam “Spiracle”.  Można sobie przywołać wspomnienia z dzieciństwa słysząc śpiew i tekst “When I was a child…”.  Jest to zarazem pierwszy singiel. Później “The Sun” – czy pierwsze dźwięki nie przyspieszają rytmu serca? Takie emocje wzbudza muzyka wypływająca z pianina, na którego klawiszach tkwią dłonie Anji.  Jest też na tym albumie kawałek, którego obecność jest wręcz obowiązkowa biorąc pod uwagę instrument – czyli bez śpiewu, utwór z samą melodią na czele. Takim utworem jest wzruszający “Turbine Womb”.  Tak więc są utwory, spokojne, do poduszki, ale i takie, których słuchanie wywołuje ciarki na całym ciele („Sleep”, „Marche Funebre”). Utwory tworzone całkowicie na pianinie, ale również i takie z domieszką elektroniki i skrzypiec.  Na pewno żadnego utworu na tej płycie nie można ot tak sobie pominąć. Każdy ma swój urok, żaden nie jest nudny, może i dzięki oryginalnemu głosowi Anji, ale przecież utwór bez śpiewu też jest świetny. Album pochłania słuchacza od pierwszych sekund, nawet jeśli chcesz mu się oprzeć, to nie możesz, nie chcesz robić nic innego, tylko słuchać i słuchać… dochodzisz do końca i włączasz jeszcze raz utwór “Sleep” i każdy wie co nastepuje dalej. Płyta jest więc bardzo osobista, smutna, ale na tym polega jej ideał i piękno.

Marzec 29, 2009 Posted by | Uncategorized | | 1 komentarz

Glasvegas – Glasvegas

Słyszałem kiedyś opowieść o pewnym facecie który niczym uniwersytecki Casanova szukał tej jedynej. A bynajmniej tak mówił. Ów młodzieniec – lub starszy jegomość, do wyboru – beztrosko przeżywał życie wiążąc się na góra tydzień z jakąś niewiastą, po czym smakował innej. Było mu dobrze, kolorowo, raz jedna podobała mu się bardziej – raz inna wcale.

Pewnego razu podczas zakraplanej imprezy w znanej izbie, usłyszał od cudzoziemca o pięknie rokującej młodej damie. Dama ta młoda była jeszcze więc bohater naszej opowieści musiał poczekać aż ukończy wiek gotowy do ożenku. Do tego czasu, miał jej nie widzieć, by nie robić sobie przysłowiowego smaku.

Kronikarze poczytnego dziennika, wspominali o niej w jednej ze swoich stałych rubryk. Pewien autor tekstu, porównać ją miał do muzy Placebo, wychwalanej w tamtych czasach. Nasz bohater po przeczytaniu tej rubryki strasznie się ucieszył, gdyż muza Placebo była kiedyś dla niego wzorem tej jedynej.

Kiedy Glasvegas (bo tak na imię miała mieć jego wybranka) osiągnęła wiek pełnoletności i Rodzice wypuścili ją na świat, od razu postanowiła spotkać się z naszym bohaterem. A że po drodze młodzieniec, nasłuchał się nadto jakim cudem jest owa kobieta, tym bardziej był strasznie rozpalony. Mówiono o niej wszędzie w samych superlatywach. Rzadko komuś się nie podobała. Miała być nadzieją nowych muz zza morza. A wiadomo, że za morzem podobno kiedyś same piękne muzy żyły.

Gdy ją zobaczył w końcu, uradował się niezmiernie. Wyglądała ładnie. Jej strój przypominał stroje sławnego projektanta wtedy – Vincenta Van Gogh’a. Młodzieniec więc nie zwlekając, poszedł z nią robić to co się robi w takich chwilach. Zrobił to jeden raz. Nic. Drugi raz. No bez szału. Trzeci. Czwarty. Piąty. Po czym poszedł przespać się najpierw z Animall Collective, potem z Panią White Lies.

Dla naszego bohatera, Pani ta wrażenia nie zrobiła. Czasami Powtarzała tylko „beeeejbeeeeee, beeeeeejbeeeeee”, czasami brzmiała jak kiepska kopia starszej damy nazwiskiem Oasis. Gdyby ta Szkocka młoda dziewczyna przypominała chociaż pannę Franz i pannę Ferdinand. No ale nie. Raczej racje mieli Ci, którzy głosili że trudno jednoznacznie coś o dziewczynie powiedzieć. Trudno ją sklasyfikować podczas stosunku. Ani to niewinna i leżąca spokojnie dziewica, ani wyuzdana kurtyzana. Jej chimery są różne, nie zachowuje się od początku do końca logicznie, przez co trudno nadążyć o co jej tak naprawdę chodzi. I naprawdę, ale naprawdę. Głos miała fatalny.

Cóż – młodzieniec pomyślał, trzeba szukać dalej.

„Dawid Sowiński”

Marzec 23, 2009 Posted by | indie | , | Dodaj komentarz

[i] – Przedpisk

[i] – Prosta literka zamknięta w nawias. Podobno w nawiasach zawarte są myśli. Podobno literka „i” jest literką tajemniczą. Podobno ludzie interpretują nazwę zespołu, zawiniętą w nawiasy jako „internetowy znak ukazywania świeczki”. Podobno Palikota znowu wyrzucają z PO.

Fajnie jest wziąć do ręki debiutancki materiał. Bardzo lubię, może to takie zboczenie, ale szukanie fajnych i ciekawych artystów, naprawdę jest ciekawym hobby. Niestety w całym szeregu pierwszych krążków, zazwyczaj 85% to płyty muzyków, którzy za szybko chcieli wejść w muzyczny rynek, lub tych co zwlekali za dużo, pozwalając opaść emocjom swojej muzyki. Od razu mówię, że „Przedpisk” taki nie jest. Co nie oznacza oczywiście, że będzie legendarnym, rewolucyjnym albumem. Zapewne wiele osób go nie pozna, gdyż promocji i reklamy wydawnictwa raczej nie uświadczyłem. Mam nadzieję, że to się zmieni bo muzyka ta, naprawdę wydaje się ciekawa.

Zespół tworzy 5 chłopów i wokalistka. Chłopaki grają już razem parę lat, a Kasia dołączyła z typowego ogłoszenia. Czysty przypadek więc w sumie sprawił, że zespół posiada takie brzmienie a nie inne. Można byłoby doszukać się w ich muzyce podobieństwa do grupy HEY. Właściwie te podobieństwo najczęściej narzuca się nam przy odsłuchiwaniu przykładowo początku „Mezofortem”. Można by także stwierdzić, że jest to HEY zmiksowany z Hatifnatsem. Ale z drugiej strony, po co się doszukiwać porównań. Na pewno jest to rock. Cięższy, melodyjny oraz hipnotyzujący, gdyż niekiedy alternatywne brzmienia gitar dodają jakiegoś hipnotyzującego uroku. Sfera tekstowa jest o tyle dziwna, co np. w przypadku Kombajnu do zbierania kur po wioskach. Więc raczej każdy powinien je interpretować na swój sposób, bo na pewno nie ma jednolitego wytłumaczenia niektórych zdań czy słów.

Podsumowując – Palikota nadal nie wywalili z PO, a „Przedpisk” powinien podobać się zarówno fanom ciężkiego melodyjnego rocka, jak i amatorom alternatywnych gitar. No i oczywiście wielbicielom żeńskiego wokalu.
Lista utworów:
1. mezofortem
2. njujorkczipy
3. skradatsch
4. technofjurzyn
5. lubież
6. wołek zbożowy
7. bekon
8. sao sino
9. est
10. snu
11. adun

www.i-rock.pl

„Dawid Sowiński”

Luty 24, 2009 Posted by | alternatywa, rock | , , | Dodaj komentarz

Pan Profeska – Pan Profeska

Pan Profeska

Pan Profeska proponuje nam muzykę eksperymentalną niczym fiat 126p w wersji Cabrio. Mało tego, dorzuca jeszcze wypasiony spoiler. Forma Cabrio jednak, czy wspomniany spoiler pozostaje jako dodatek, bo tak naprawdę „Maluch” i tak pozostanie „Maluchem”

Ale po kolei. Grupa z Warszawy gra już jakiś czas. Od 1998 roku. Płytę wydali dopiero teraz. Widać nie śpieszyło im się zbytnio. Historia niestety zna takie przypadki odwlekania debiutów – i nie trzeba wcale daleko szukać! Ot, nasz Polski Out Of Tune który miał być wielką nadzieją Polskiej muzyki, bawił, rozgrzewał na koncertach, robił hit za hitem. Chłopaki za długo jednak czekali z wydaniem albumu i przez ten czas materiał zdążył już się znudzić, a kolejne debiuty kolegów z branży zabierały im słuchaczy.

Pierwszy utwór naprawdę jest dobry. Rosyjski akcent nakręca jeszcze bardziej chęć do po”ska”kania przy tym numerze. Przypomina mi ta „piosenka” – Strachy na Lachy i otwierający utwór „Piły Tango”, który podobnie zapowiadał zespół. Dalej już niestety gorzej. I o ile Akurat, Koniec Świata, Skankan i inne tego typu kapele bronią się jakoś przebojowością i prostotą utworów, o tyle Pan Profeska jest przekombinowany. Podobno podczas sesji nagraniowej brało udział 14 osób. To niestety słychać. Trochę ska, troszkę reggae, gdzieniegdzie motywy jazzowe splecione folkiem. Album nie jest zły, tylko trochę przekombinowany jeśli założeniem miała być płyta prosta, i przyjemna w słuchaniu muzyka.

Panu Profesce nie pomaga też to, że mają utalentowanych muzyków grających w wielu znanych zespołach. Może i na koncertach czuć power takiej muzyki, jednak w zaciszu domowym ciężko wstać i poskakać sobie frywolnie po pokoju. A szczerze – wiele razy tak robiłem przy podobnej Polskiej muzyce.

1 Pan Profeska – intro
2 Pan Profeska – bajkonur
3 Pan Profeska – budynie
4 Pan Profeska – moda
5 Pan Profeska – tragedia ogonogłowoszyjca
6 Pan Profeska – z bitej śmietany
7 Pan Profeska – Skierniewice
8 Pan Profeska – wielkie ptaszyska
9 Pan Profeska – kolory
10 Pan Profeska – pod fortepianem
11 Pan Profeska – kameleon
12 Pan Profeska – speed
13 Pan Profeska – moje słońce

www.panprofeska.pl

„Dawid Sowiński”

Luty 19, 2009 Posted by | punk, ska | , | Dodaj komentarz

Camp Rock

Bywa, że przez nasze doświadczenia czy spostrzegawczość czasami nie kupujemy kota w worku, gdyż gładko możemy domniemać co znajduje się w pakunku. Patrząc na okładkę ścieżki dźwiękowej do filmu „Camp Rock” jest podobnie.

Pamiętam jak w zimę tego roku gościłem na spektaklu Kubusia Puchatka w Warszawie. Magia Disney’a którą pamiętałem z lat młodości niestety gasła ze mną rok w rok. Może ta magia jest adekwatna do wieku w jakim się znajdujemy? Chyba tak, a jeśli nie całkowicie – w dużym stopniu.

Czyli co? Album jest podlany młodzieżowym lekkim melodyjnym pop/rockiem, co w przypadku nazwy płyty nie jest raczej niespodzianką. Szybkie delikatne gitary otwierają całą ścieżkę dźwiękową i pokazują czego możemy się spodziewać dalej. A dalej jest podobnie, czasami wolniej, czasami szybciej, a czasami w stylu R’n'B. Wszystko zaś przypomina jakieś niepublikowane hity Avril Lavigne a gdy spotykamy się z „męskimi” wokalami nasuwają się skojarzenia z  czasów Backstreet Boys.

Krótko. Album to żadne ambitne dzieło do którego trzeba się nastawić. To raczej nie czysty rock. Tu wszystko wpada w ucho za pierwszym razem, gdyż Disney postawił na przebojowość. Wydawnictwo jak i film skierowane jest raczej do młodzieży w wieku nastoletnim, więc jeśli chcemy sprawić prezent córce w wieku 13 lat, będzie to jak najbardziej udany zakup.
1. Oto Ja 3:09
2. We Rock 3:11
3. Play My Music 3:17
4. Gotta Find You 4:02
5. Start The Party 3:00
6. Who Will I Be? 3:06
7. This Is Me 3:09
8. Hasta La Vista 2:35
9. Here I Am 3:45
10. Too Cool 2:49
11. Our Time Is Here 3:25
12. 2 Stars 2:55
13. What It Takes 2:42

www.emimusic.pl

„Dawid Sowiński”

Luty 9, 2009 Posted by | pop | , | Dodaj komentarz

David Gilmour – Live in Gdańsk (2cd)

Co napisać o zapisie z koncertu przed 50-tysięczną publicznością, w legendarnym miejsu? Że były emocje, że było pięknie? Mam ułatwione zadanie o tyle, że w 2006 roku nie było mnie w Stoczni, I dlatego daleko byłem od magii tego wydarzenia – jednak nie daleko od magii Pink Floyd’ów.

Pan Lech Wałęsa ma niezłą taktykę do promowania siebie i Solidarności wśród młodych osób. A to zorganizuje jakiś wieczorek piosenek Kaczmarskiego, a to zaprosi Jean Michelle Jarre’a. Co jak co, ale udaje mu się to znakomicie. Zresztą – bądźmy szczerzy – należy mu się. Tym razem postawił na David Gilmour’a. Ci którzy nie wiedzą kim jest ta postać, podpowiedzieć może okładka na której emblemacik mówi: „The Voice and Guitar of Pink Floyd”. Na tym przedstawiać tego Pana skończymy, gdyż Ci którym kompletnie to nic nie mówi (są tacy?), będą musieli przewertować niezły rozdział w historii muzyki, na który tutaj raczej miejsca nie ma.

Z okazji 25- lecia Solidarności David przyleciał do Polski razem z 40 – osobową filharmonią Bałtycką. Pierwsze to co rzuca się w oczy to okładka – przepiękna scena i tłumy ludzi przed nią. W środku opakowania  książeczka ze zdjęciami, spisem utworów oraz składem przygotowania wydawnictwa. 2 płyty wypchane po brzegi muzyką Gilmour’a, ale też Floyd’ów jak np. „Wish you were here”, które zostało bardzo ładnie wykonane. Nagłośnienie musiało być po prostu kosmiczne. Na taką uroczystość w legendarnym, symbolicznym miejscu nie zabrakło oczywiście utworu „A great day for freedom”, który brzmi naprawdę historycznie. Bardzo spokojnie i nostalgicznie wykonany kawałek „The Blue” Gilmour’a, został wykonany razem z naszym Polskim pianistą – Leszkiem Możdżerem, a numer „Shine On You Crazy Diamond”, którego intro zostało zagrane na kieliszkach z czerwonym winem, dodało jeszcze więcej smaczku temu artystycznemu wydarzeniu. Pojawił się oczywiście kawałek „High Hopes”, który z 40 – osobową orkiestrą Preisnera budził nie mały podziw.

Wszystko więc w tej muzyce w wersji „live” jest jak najbardziej w porządku. Ciekawe jest to, że utwory te nie tracą ducha czasu i nadal wywołują specyficzne emocje. Ciekawe jest także to, że wydawnictwo te doskonale sprzedaje się za granicą. Może więc kolejne gwiazdy zechcą  rejestrować u nas swoje występy?
CD1:
1. Speak To Me
2. Breathe
3. Time
4. Breathe (reprise)
5. Castellorizon
6. On An Island
7. The Blue
8. Red Sky At Night
9. This Heaven
10. Then I Close My Eyes
11. Smile
12. Take A Breath
13. A Pocketful Of Stones
14. Where We Start

CD2:
1. Shine On You Crazy Diamond
2. Astronomy Domine
3. Fat Old Sun
4. High Hopes
5. Echoes
6. Wish You Were Here
7. A Great Day For Freedom
8. Comfortably Numb

www.davidgilmour.com
www.emimusic.pl

„Dawid Sowiński”

Listopad 21, 2008 Posted by | Uncategorized | Dodaj komentarz

Enigma – Seven Lives, Many Faces

Siódemka to na pewno magiczna liczba. Numerologia, oraz przesądy każą nam wierzyć, że „szczęściem jest pisana”. Pamiętam jak jakiś czas temu, także sięgałem po płytę która miała identyczną cyfrę na okładce. Była to płyta Adama O.S.T.R.’a Ostrowskiego „7″. I nie było to raczej jego najlepsze dzieło. Mało tego, jako bywalec na koncertach Łódzkiego rapera muszę przyznać, że piosenki z tego albumu przeszły już do historii i raczej nie są często przypominane.

Enigma to bardzo znany zespół. W sumie nie hajpowany, nie pokazywany na każdym kroku, lecz naprawdę spora liczba osób i tak kojarzy tę formację. Bo Enigma broni się muzyką. Kto raz ją usłyszał na pewno zapadnie mu w głęboko w pamięć. Utwór „Sadeness” bez wątpienia jest jednym z najoryginalniejszych kawałów początku lat 90-tych.

Nie ma sensu odwoływać się do poprzednich albumów i porównywać zawartość. Michael Cretu sprytnie dba o to, by Enigma była niepowtarzalna. Za każdym razem próbuje zrobić coś innego, mimo że tak naprawdę czar tej muzyki jest taki sam. Mamy nadal chóry gregoriańskie poplątane z delikatnym elektronicznym ambientem. Na całe szczęście mniej kombinowanym niż w poprzedniej „A Posteriori”. Mniej elektronicznych, wyraźnych cech, spowodował że nowy album jest bardziej „Enigmatyczny”, czyli taki jaki lubimy. Strasznie się ciesze, że wróciły też motywy orientu znane i dobrze lubiane z albumu „The Cross of Changes”. W zasadzie może dla nowych słuchaczy nic to nie znaczy i zbytnio nie zrozumieją o jaką aurę chodzi. Starsi fani za to, wrócą wspomnieniami do wieczorów przy muzyce Enigmy. Płyta jest jak najbardziej w porządku. O utworach nie ma co dywagować, gdyż łatwiej byłoby chyba opisać ślepemu kolor. Nie ma rewolucji, nie ma innowacji, ale nadal jest magia. A przecież o magię tu właśnie chodzi.
1 – Encounters
2 – Seven Lives
3 – Touchness
4 – The Same Parents
5 – Fata Morgana
6 – Hells Heaven
7 – La Puerta Del Cielo
8 – Distorted Love
9 – Je Taime Till My Dying Day
10 – Deja Vu
11 – Between Generations
12 – The Language Of Sound

www.enigmaspace.com
www.emimusic.pl

„Dawid Sowiński”

Listopad 21, 2008 Posted by | Uncategorized | Dodaj komentarz

The Lunatics – recenzja i wywiad

Muzyka punk-rockowa według jednych zaczęła kończyć się w Polsce pod koniec lat 90-tych. Starsze pokolenie wychowane w duchu Jarocińskiego buntu, wspominając tamte czasy, jednogłośnie stwierdzają że „punk is dead”.

Wiadomo, nie tylko w muzyce istnieje takie słowo jak „progres”. Wszystko i wszystko powinno się także rozwijać. Możemy zaobserwować ewolucję punku na przykładzie paru polskich zespołów. Bo umówmy się – mówimy o Polskiej muzyce. Farben Lehre przykładowo doskonale wplątał w swoje aranżacje ,motywy rock’n'rollowe czy reggae. Zabili mi Żółwia dodali trochę ska i cięższych melodii a Pidżama Porno do swojego buntu dorzucili rock i poetyckie teksty. Aha! Został jeszcze Łódzki zespół Cool Kids Of Death i połączenie zadziornego punku z elektroniką i popem.

The Lunatics taki nie jest. To jest Punk-rock pełną gębą. Oczywiście nie jest tak „brudny” jak jego starsi koledzy, z racji tego że płyty można teraz nagrywać w studio a nie tylko metodami domowymi. W odróżnieniu od debiutanckiego krążka zmienił się wokal. Nie jest już on żeński, a teksty nie są śpiewane w języku angielskim. Mamy męski czysty wokal, który kojarzy mi się z niektórymi utworami The Analogs. Mamy teksty Polskie, w tym jeden Serbski. Całość utrzymana gdzieś w takim „uniwersalnym punku”, z niewielką szczyptą rocka. Wszystko polane melodyjnym sosem. Jak dla mnie będzie to koncertowy killer. Teksty przewrotne. W zasadzie mało oryginalne jeśli chodzi o punk, ale akurat anarchia i anty-komercja jest stałym bywalcem muzyki tego typu.

Podsumowując, płyta jest naprawdę dobra. Strasznie melodyjne kawałki wpadające w ucho przy pierwszym odsłuchaniu, zapewne będą brzmieć żywiołowo na koncertach. Jeśli znudziło Wam się Farben Lehre, a Włochaty czy Dezerter wciąż jest dla was za mocne, warto poznać The Lunatics. Płyta jest jak najbardziej grzeszna, co w przypadku punk-rocka jest oczywiście dużym plusem.

Wiadomo, nie tylko w muzyceistnieje takie słowo jak „progres”. Wszystko i wszystkopowinno się także rozwijać. Możemy zaobserwować ewolucję punkuna przykładzie paru polskich zespołów. Bo umówmy się- mówimy o Polskiej muzyce. Farben Lehre przykładowodoskonale wplątał w swoje aranżacje ,motywy rock’n'rollowe czyreggae. Zabili mi Żółwia dodali trochę ska i cięższycharanżacji a Pidżama Porno do swojego buntu dorzucili rock opoetyckie teksty. Aha! Został jeszcze Łódzki zespółCool Kids Of Death i połączenie zadziornego punku z elektroniką ipopem.The Lunatics taki nie jest. To jest Punk-rock pełnągębą. Oczywiście nie jest tak „brudny” jak jego starsikoledzy, z racji tego że płyty można teraz nagrywać w studio anie tylko metodami domowymi. W odróżnieniu od debiutanckiegokrążka zmienił się wokal. Nie jest już on żeński, a teksty niesą śpiewane w języku angielskim. Mamy męski czysty wokal, którykojarzy mi się z niektórymi utworami The Analogs. Mamy tekstyPolskie, w tym jeden Serbski. Całość utrzymana gdzieś w takim”uniwersalnym punku”, z niewielką szczyptą rocka.Wszystko polane melodyjnym sosem. Jak dla mnie będzie to koncertowykiller. Teksty przewrotne. W zasadzie mało oryginalne jeśli chodzio punk, ale akurat anarchia i anty-komercja jest stałym bywalcemmuzyki tego typu.Podsumowując, płyta jest naprawdę dobra.Strasznie melodyjne kawałki wpadające w ucho przy pierwszymodsłuchaniu, zapewne będą brzmieć żywiołowo na koncertach.Jeśli znudziło Wam się Farben Lehre, a Włochaty czy Dezerterwciąż jest dla was za mocne, warto poznać The Lunatics. Płytajest jak najbardziej grzeszna, co w przypadku punk-rocka jestoczywiście dużym plusem. –>
1. Intro (0:35)
2. Lost in the supermarket (2:18)
3. Warszawianka (3:07)
4. Syreny (2:28)
5. Talent (3:07)
6. Droga (3:17)
7. Kuba (2:58)
8. Święci i grzesznicy (2:27)
9. Nie obchodzi mnie (3:16)
10. Skarby (3:06)
11. Tego chciałaś (3:05)
12. Pijane miasto (3.32)

www.myspace.com/rollnpunk

The Lunatics nagrał porządny drugi album w swojej karierze. Poniżej krótki wywiad z zespołem, o nowej fali muzyki, Phill’u Collinsie i polityce.

Dawid Sowiń: Święci czy grzesznicy?

MROKU: Gdzieś w środku.


Dawid Sowiński: Nie lubicie Philla Collinsa?

MROKU: Nie lubimy muzyki, która jest puszczana w centrach handlowych. Phil Collins jest jednym z ulubieńców marketowych DJ-ów.


Dawid Sowiński: Opłaca się jeszcze w Polsce grać taką muzykę?

MROKU: W sensie finansowym na pewno nie. Opłaca się śpiewać o pustych szklankach pełnych pomarańczy i nagrywać oratoria dla Papieża.


Dawid Sowiński: Słuchając waszego drugiego albumu widać wyraźne różnice między pierwszym krążkiem. Skąd takie zmiany?

MROKU: Wykrystalizował się skład i brzmienie. Teksty są po polsku a zamiast wokalistki jest dwóch tak zwanych wokalistów. Zmiany są czasem konieczne by móc iść naprzód.


Dawid Sowiński:  Utwór w języku Serbskim? Czemu tak?

MROKU: To nasz trybut dla sceny punkrockowej z Nowego Sadu. Utwór, o którym mówisz pochodzi z repertuaru zespołu Jedino Resenje, który chyba tylko ze względu na ówczesną sytuację w kraju nie stał się jedną z gwiazd europejskiej oi! music.


Dawid Sowiński: O czym jest wasza muzyka? Jak mielibyście ją opisać dla kogoś kto jej nie zna?

MROKU: Nasza muzyka to punk rock. Teksty są o tym, co nas wkurza albo interesuje, czyli głównie o dziewczynach i piłce nożnej.


Dawid Sowiński: Często koncertujecie? Wolicie trasy czy siedzenie w studio i nagrywanie albumu?

MROKU: Na warunki polskiej sceny punkowej, można powiedzieć, że koncertujemy dużo, ale chcielibyśmy jeszcze więcej. Osobiście lubię pracę w studiu, ale ponieważ ostatnia sesja trwała pół roku, potrzebujemy trochę odpocząć od nagrywania.


Dawid Sowiński: Punks not dead czy punks is dead?

MROKU: Punk is not dead.


Dawid Sowiński: Męczy was Warszawa?

MROKU: Kochamy to miasto, ale w dłuższej perspektywie potrafi ono zmęczyć nawet najbardziej zagorzałych.


Dawid Sowiński: Co sądzicie o nowej fali rocka alternatywnego w Polsce? Np. Renton, Muchy, L.Stadt?

MROKU: Dużo z tych zespołów powstało na fali mody indie. Dużo z tych zespołów nie ma pojęcia o swoich korzeniach i ma charakter chwilowej fascynacji trendami znanymi z MTV2 i imprez na Dobrej. Zjawisko jest jednak ciekawe i zawsze lepiej jest posłuchać w radiu któregoś ze wspomnianych zespołów, niż nowego singla Anny Marii Jopek.


Dawid Sowiński: I ostatnie pytanie – Polityka a The Lunatics?

MROKU: Od polityki nie można uciec. Mamy swoje poglądy, które pewnie w jakimś stopniu przekładają się na teksty, ale myślę, że z polityką wielkiej rangi nie mamy i nie chcemy mieć nic wspólnego. Politycy to szlam, niezależnie od kolorów jakie chwilowo przyjmują.


Dawid Sowiński: Dziękujemy za wywiad. Życzymy udanej trasy koncertowej i dobrej zabawy.

Wywiad jak i recenzje pisałem do portalu „Muzyka Gery” www.muzyka.gery.pl

„Dawid Sowiński”

Listopad 21, 2008 Posted by | punk, rock | | Dodaj komentarz

Muzyka pierwszej połowy 2008 roku.

Tak wiem, nie da się ocenić i przesłuchać wszystkich albumów muzycznych i dogodzić tym szerszej grupie fanów tego środka przekazu. Wybrałem 10 płyt pierwszej połowy roku 2008 sugerując się zmianami w muzyce, emocjami a także kunsztem artystycznym.

Fakt, nie był to jakiś dobry okres dla muzyki, więc nie spodziewajcie się wielkich dźwiękowych spazmów. Za to poniższe zestawienie, w którym kolejność jest oczywiście jak najbardziej przypadkowa, pomoże wam wybrać coś dobrego.

Waglewski, Fisz, Emade – Męska Muzyka

Nie jestem w stanie powiedzieć nawet na oko (lub ucho) ile razy przesłuchałem ten album. Na
pewno dużo. Muzyka typowa dla facetów, brzmi dżentelmeńsko a połączenie z klimatem dusznych barów zafundowało nam jeden z najlepszych albumów tego roku. Waglewski jest już postacią kultową w muzycznym świecie Polski, a jego synowie dumnie reprezentują nurt zwany jako „ambitny hip-hop”. Album odniósł duży sukces, a muzycy chętnie zapraszani są na festiwale i koncerty. Gorąco polecam. W sam raz samotne wieczory. Jeszcze lepsze na wieczory w których partnerka smacznie śpi w łóżku obok, a my wpatrzeni w nią dzięki muzyce dajemy się ponieść euforii istnienia.

O.S.T.R. – Ja tu tylko sprzątam

Adam Ostrowski ma manię „sprzątania” po kiepskich wykonawcach hip-hopowych powtarzając w kółko, że on „gra prawdziwy hip-hop”. Trudno jednak z nim się nie zgodzić bo aktualnie jest jednym z lepszych wykonawców tejże muzyki w Polsce, a nowy album tylko to podkreśla. Jasne, 50% słuchaczy HH zaraz burknie, że się sprzedał, że oprócz palenia jointów nie ma nic w spólnego z podwórkową muzyką. Racja, ale czy te 50% słyszało takie słowo jak „progres”? Czy mając żonę, dziecko, wykształcenie trzeba dalej śpiewać o blokach i szarej rzeczywistości? Oczywiście są i takie rymy czy porównania, a także szydera z polityków, służby zdrowia, aktorów pchających się na siłę na salony ale wszystko podane w cywilizowany a jednocześnie bardzo „zajebisty” sposób.

The Mars Volta – The Bedlam In Goliath

Beznadziejne dźwięki, kiepskie wokale, usypiające kawałki które od pierwszego włączenia płyty
mamy ochotę przełączać z nadzieją, znalezienia czegoś lepszego. Strasznie poważni jegomoście i słabe teksty. Tego oczywiście na tej płycie nie ma!. A co jest? Jak zwykle wszystko. Potężny wykop mieszanki wielu gatunków muzycznych, które kopią nam dupę mocniej niż jakikolwiek Terminator

Have A Nice Life – Deathconsciousness

O tym albumie napisano zapewne niejeden poemat w sieci. Niejeden natomiast krytyk zbluzgał go niczym ksiądz jakiegoś większego ateistę. Taaaak, ta płyta jest zła. Jest bardzo zła, jest w
niej wiele bólu, cierpienia, flaków z olejem przyczepionymi mackami do bezkresu naszej
odbytnicznej spuścizny minimalizmu. Ale tak naprawdę Panie i Panowie ten materiał nie ma nic
wspólnego z metalem. To raczej połączenie Shoegazu, może Post-Rocka czy alternatywy. Ta płyta ma zabijać dźwiękami i przenosić nas w krainę koszmarów sennych przy czym paradoksalnie, ma nam się to podobać. Dwójka chłopaków nagrywała ten materiał minimalnymi kosztami. Co było potrzebne? Pokój z komputerem i mikrofonem do niego wbudowanym(!!!). Fakt nagrywali to wszystko długo ale pokazali, że muzykę można tworzyć z pasją. Aha i – jakby tego było mało – jest to ich debiutancka płyta.

M83 – Saturdays=Youth

Chyba nie było jeszcze w tym roku tak romantycznej płyty!! Co prawda, każdy posiada swoistą
wrażliwość na estetykę piękna, jednak muzyka ta sprawi przyjemność dla duszy nawet najbardziej
opornego Macho! Płyta otwiera się przed słuchaczem w sposób zadziwiający. Oto czując woń
unoszonego się shoegaze’u muzycy maksymalnie „uPOPowili” nagrania wzorując się muzyką z przed dwóch dekad. Ciepłe syntezatory, dodają tylko majestatu baletnicy, która wytańczyła ów
materiał, a która ciepłymi słowami zaprasza nas do włączenia się w ten balet. I wcale nie
musimy się martwić, że nie potrafimy go tańczyć! Muzyka na zimne wieczory, muzyka na ciepłe
wieczory, muzyka na randkę, muzyka przed zaśnięciem, czy wreszcie muzyka do refleksji. Samotnym samcom proponuje włączyć tę kompilacje Pani, którą dzisiaj mamy zamiar zaprosić na kolacje. Wtedy zakończy się ona śniadaniem.

Renton – Take Off

Po ubiegłorocznym sukcesie Much, gdy Polska zbzikowała na punkcie indie, popu i alternatywnego rocka zespoły tego typu wyrosły jak grzyby po deszczu. Ale jak alkoholik po zagraniu długiego hejnału większość z nich spadała niestety na ziemię, zostawiając po sobie jakiś singlowy utwór.Z zespołem Renton było zupełnie odwrotnie. Nie spadły na ziemię, nie powtórzyły sukcesu Much, ale jednak nagrali bardzo dobry debiut. Czad! tak można określić pierwszą płytę Rentonu. Są tu cholernie wpadające w ucho kawałki z pogranicza garażowego/szkolnego rocka połączone z przebojowością muzyki pop. Muzyka na deskę, na plaże, na imprezę, na biegi czy trening w koszykówkę oraz oczywiście na parkiety klubów. Ciekawe czy nastoletnie dziewczyny także tracą dziewictwo na ich koncertach, jak w przypadku Much.

Lao Che – Gospel

Lao Che i wszystko jasne. Albo się ich nie lubi albo uważa się ich za cholernie oryginalny
zespół słowiański. Szerzej o nich Polska mogła usłyszeć gdy wydali album „Powstanie
Warszawskie”, akurat gdy te historyczne wydarzenie zrobiło się „modne” w naszym kraju. (ale to
musi brzmieć!). Szczęście w nieszczęściu ludzie zaczęli chodzić do Muzeum Powstania
Warszawskiego, interesować się Polską itp., a zespół Spiętego zbierał same laury w mediach.
Teraz nowa płyta i nowe nadzieje…a także nowy concept. Przypomnijmy, że przed „Powstaniem”
była płyta o gusłach nazywająca się po prostu „Gusła”. Nowa kompilacja opowiada o religii,
Bogu, naszym człowieczeństwie i innych świętościach. Połączenie religii i rocka nigdy się nie
udawało, a tu proszę. I Aniołowie i Demony będą zadowoleni!!

Coldplay – Viva la Vida or Death and All His Friends

Na ten album czekał chyba cały świat – i wcale nie przesadzam. Coldplay, zespół już kultowy
sprzedaje masę płyt, wspaniale koncertuje a głos Chrisa dopełnia tę muzykę niczym papieros po
seksie. Nowa płyta odświeża kunszt zespołu, nadając mu nowe fale. Zespół dojrzał, postarzał się
i próbuje już nie grać tak ładnie jak wcześniej. Z jednej strony to źle, a z drugiej nie
przeżyłbym znowu takiego samego grania jak na dwóch pierwszych płytach. Każdy zespół powinien się odpowiednio rozwijać, a im to wyszło wyśmienicie. Viva la Coldplay!

Sigur Rós – Með suð í eyrum við spilum endalaust

Z pisaniem na temat Sigur Rós’a jest ciężka sprawa, gdyż nawet najdoskonalsze opisy nie
przybliżą czytelnikowi fenomenu Islandczyków. Płyta łatwiejsza niż pozostałe, dlatego może
świetnie posłużyć się za doskonały początek do zwiedzania magicznych, minimalistycznych
dźwięków jednej z najbardziej oryginalnych grup świata!!

Strachy na Lachy – Zakazane piosenki

Grabaż wziął się za undergroundowe piosenki lat 80-tych, które raczej chętnie w tamtych czasach
nie były puszczane. Mamy więc covery Siekiery, Izraelu, Kryzysu czy Malarzy i żołnierzy. Jak
zwykle wszystko podlane charyzmatycznym głosem śpiewającego! Jeśli lubisz Piżdame Porno, muzykę Strachów lub po prostu potrzebujesz odświeżenia starej polskiej sceny niezależnej – odpalaj i poczuj się jak buntownik za czasów PRL’u!!

M83 – Kim&Jessie

Coldplay – Lost

„Dawid Sowiński”

Październik 3, 2008 Posted by | alternatywa, indie, muzyka, pop, post-rock, punk, rock, shoegaze | , , , , , , , | 2 komentarzy

Zakazane piosenki

Tak to już jest, że za każdym razem, kiedy oczekuję nowej płyty od Grabaża czy to w formacji dobrze znanej – Pidżama Porno, czy nowszego dziecka pt.: „Strachy na Lachy”, odczuwam niemałe podniecenie – jak przy stosunku z nową kobietą.

Dlaczego? Dumnie okrzyknięty ostatnim takim poetą rock’n'rollowym w Polsce Krzysztof Grabowski jest już osobą kultową. Nie tylko przez środowisko fanów, antyfanów, dziennikarzy czy polonistów (o jego tekstach powstała niejedna praca magisterska), ale także wśród dorastającej młodzieży. Wychował on już swoimi buntowniczymi tekstami niejedno pokolenie. Gdy ogłosił zawieszenie działalności Pidżamy Porno, miało się wrażenie, że już więcej takiej muzyki nikt nie będzie robił. Połączenie poetyckich metafor ze zbuntowanymi tekstami było niezwykle oryginalnym podejściem do muzyki. Przestał grać taką muzykę. Mam nadzieję, że nie przestał jednak jarać.

Teraz Krzysztof „Grabaż” Grabowski wychowuje swoje młodsze dziecko. Strachy po sukcesie debiutanckiej płyty oraz po wspaniałym wręcz drugim albumie wzięły na warsztat piosenki największego barda Rzeczpospolitej – Jacka Kaczmarskiego. Płyta ta podzieliła fanów na 2 obozy, a wielbicieli „Kaczmara” odstraszyła niczym zająca strzelba. (zresztą jak każda próba zabrania się za materiały mistrza). Okazało się jednak, że zespół solidnie poradził sobie z tą kompilacją, a nagrodą Polityki (Paszport Polityki) dowiódł, że jednak jest godny zabierać się za rzeczy niemal święte.

Mamy nowy rok, nową płyta. I co? I gówno. Bo nowa płyta także nie jest autorskim albumem
Strachów. „Mamo, Tato, opowiedz coś o latach 80-tych, bo nie rozumiem tej płyty”. Bądźmy szczerzy, odświeżone undergroundowe piosenki lat 80. pójdą śladem „Autora”. Dzieciaki dumnie podskakiwać będą na koncertach, nie rozumiejąc materiału czy ówczesnej cenzury. Bo fajne melodie, bo teksty fajne, no i to Grabaż. Starsi słuchacze (Strachy mają więcej starszych słuchaczy niż Pidżama) stać będą i z politowaniem przypominać sobie trudne czasy PRL-u. Tak to jest, że jednak niby Grabaż chce dzieciakom przypominać o wielkich bardach czy podziemnych zespołach czarnej Polski, a najbardziej jednak zawsze trafia tą muzyką do bardziej wymagających słuchaczy. Chociaż starsi słuchacze wolą zazwyczaj oryginały, więc – jak to jest już z coverami – płyta ta także podzieli wszystkich na 2 obozy. Oj Grabku, Ty nigdy nie mogłeś wszystkim dogodzić!

„Ale Panie recenzencie, powiesz Pan do cholery, co na tej płycie?” A na płycie „Zakazane Piosenki”, utwory, których radia w czasach PRL-u raczej grać nie chciały. Bikini, Korpus X, Malarze i żołnierze, Kryzys, Holy Toy, Siekiera, czy Izrael to niektóre z zespołów, które raczej w aniołków wtedy się bawić nie próbowały. I bardzo zresztą dobrze. Nie ma już miejskiego folku na płycie. Jest strasznie zróżnicowanie, może czasem za łagodnie, może czasem wokal za cicho i nie krzyczy tak, jak powinien prawdziwy buntownik lat 80, ale całość jednak w klimacie, w który bardzo szybko możemy się wczuć i dać ponieść się w szarą tamtejsza rzeczywistość. „Po prostu pastelowe”, czyli singlowy kawałek, ma taki delikatny, lekko miłosny klimat ciemnych uliczek, gdzie jesienny wiatr skłania nas do siedzenia w domu, „zmuszając do miłości”. Otwierający płytę kawałek „Nocne Ulice”, bardziej żwawy i energiczny, przypomina mi raczej działalność Pidżamy Porno, więc Krzysztof i chłopaki czuli się w tym kawałku jak ryby w wodzie i wyszedł im naprawdę zajebisty koncertowy numer! „Wariat”, piosenka o zbuntowanej młodzieży przypomina muzycznie troszkę numery disco Franka Kimono. Zapewne będzie ona hymnem niejednego słuchacza, utożsamiającego się duszą punkowca. Są na płycie jeszcze goście, np. Budzyński czy Przemyk, jednak dla mnie kompletnie niepotrzebnie.

Generalnie to nie jest tak, że zawsze wystawiam Grabażowi największą ocenę i przeżywam orgazm za orgazmem. Teraz tego nie było, bo znam piosenki tych zespołów i płyta ta dla mnie dużo nie wnosi. Jeżeli zaś ktoś nie zna lub dawno nie słyszał takiej muzyki i chciałby sobie ją odświeżyć w nowej formie, to gorąco polecam, bo jednak album jest bardzo dobry. Czyżbyśmy przeżywali kolejny bunt przeciw kolejnej dziadowskiej Polsce?

nasza kultura jest teraz
nasza kultura jest tu

to ci sami ludzie prześladują nas od lat
to ci sami ludzie zbudowali ten świat *

*Izrael – „Nasza kultura” zaśpiewana przez Grabaża

„Dawid Sowiński”

Październik 3, 2008 Posted by | alternatywa, folk, punk, rock | , , , | Dodaj komentarz

Brutalny erotyzm za 30 złotych. Feministyczny punk?

„Bądź podniecony, bądź podniecony, bądź podniecony, niech zobaczą Cię miliony”. Tak brzmi intro do pierwszej płyty dziewczyn nazywających siebie „Mass Kotki”. I wcale nie jest to melodyjny słodziutki popik.

Chociaż swoją stronę Myspace mają w tonacji różowo-truskawkowej, raczej świadczyć ma to o dystansie dziewczyn do swojego projektu oraz o modzie na łączenie punkowych ćwieków i skóry z różowym futerkiem. Mass Kotki grają muzykę dziwną. Z jednej strony całkowicie można by je podpiąć pod muzykę alternatywną, z drugiej zaś pod żeńską odpowiedź na Cool Kids Of Death, a czasami pod brudną starą elektronikę (Wszechobecny dźwięk klawiszy analogowych). Ale czy to prawda, że dziewczyny narzucają nam swój feminizm, czy tylko w alternatywny sposób pokazują, jak wygląda świat z ich perspektywy?

Intro naśmiewa się z widocznego podniecenia mężczyzn. Czy to jednak nasza wina, że u kobiet jest to mniej widoczne? Przecież my się z tym nie afiszujemy specjalnie… Ba! nawet na plaży jest nam z tego powodu bardzo niezręcznie. Dla mnie szydera pełną gębą.

„Brutalny erotyzm”

Brutalny erotyzm
Za 30 złotych
Brutalny erotyzm
Wąsy i krosty

Kasia ma przyjaciół
Bożena czytelników
Bożena gra w futrze
Kasia gra w białym staniku

Pan za kamerą
Wydaje polecenia
Zejdź z jednej,
przejdź na drugą,
graj twarzą
Genitalia bez makijażu

Chociaż same autorki zręcznie migają się od stanowczego ogłoszenia wszem i wobec, że robią to specjalnie, by zwrócić na siebie uwagę zarówno facetów, jak i niewiast, to jednak nie mamy wątpliwości. „Brutalny Erotyzm” to nic innego jak piosenka o filmach porno. Pytanie tylko czy żadna kobieta na świecie nie ogląda tego typu produkcji? Czy kobiety grające w tych filmach są zmuszane na siłę, by tam występować? Przesadnie i dosadnie.

„Rocco”

Rocco mio choco I come to your town
Yes you will be mine

I see you in Warsaw
I see you in Prague
I see you in Moscow
What the fuck?

I make you scream with pleasure
I make you cry with pleasure
Rocco mio choco I come to your town
Yes, you will be mine

With my screwdriver
Baseball stick
A hachet

I make you scream with pleasure
I make you cry with pleasure

On a video
On a television

Następna piosenka o miłości nie koniecznie platonicznej. Rocco, bohater wielu filmów porno o skłonnościach do seksu analnego jest tutaj odbiorcą niczym pożądany idol. Wyraźnie widać  wyśmiewanie się z mężczyzny, który miał pracę taką, a nie inną. Nie bronię tutaj nikogo, ale pretensje „what the fuck?” o tym, że na filmach Rocco zwiedza kawałek świata, świadczy raczej o popularności tego typu filmów. Nie zapominajmy, że także jest to biznes. A z biznesu się przecież nie rezygnuje.

„Platonic Love”

Your platonic love
Gives me no thrill
Your platonic love
Makes I wanna scream
Your platonic love
You are no real
Your platonic love
Kills me, kills me

Tutaj jest chyba wszystko jasne. Aż nie wiem co powiedzieć…

Ogólnie w całym albumie jest 15 utworów. Są jeszcze np. o naszym pijaństwie czy podrywaniu kobiet na samochody. Oryginalna płyta, prawda? Mało tego. Ta płyta jest naprawdę dobra!
Są tu fajne żeńskie wokale, które w połączeniu elektro-punku wypadają naprawdę świetnie. Może archaicznie, może niesmacznie, ale na pewno oryginalnie. Dla kobiet na luzie pozycja obowiązkowa, dla facetów z dystansem dla siebie będzie wesołą niespodzianką. Bo wszystko tu jest w wesołej kobiecej oprawie.

„Dawid Sowiński”

Październik 3, 2008 Posted by | alternatywa, elekronika, punk | , , | Dodaj komentarz

Idzie nowe, czyli Przyczynek do debiutu muzyki nowej generacji.

Lubię takie zespoły, które jeszcze nim wydadzą swój pełnometrażowy materiał doprowadzają media do ekstazy, rezerwując na przyszłość miejsce dla pracujących tam dziennikarzy.

Trójka chłopaków nie wydała jeszcze swojego albumu, a w niektórych kręgach muzyki alternatywnej mówi się o nich coraz głośniej. Going Away oraz Hard to say stanowią jedno z największych płomieni w ognisku pt:Rotofobia
Śpiewane w języku angielskim są bardzo spokojne, zagłuszone a duszne partie gitar dopełniają całość kompozycji niczym dobry stylista wnętrz pokój dla swojego dziecka. Chłopaki mają na swoim koncie występ na Open’er Festiwal 2005. Nieźle, jak na grupę nie posiadającą albumu. Generalnie bardzo dobry młody zespół, jeśli skupi się na jednym koncepcie muzyki ma szanse wpisać się na dobre w historii polskiej alternatywy.

O Hatifnatsie mówi się wszędzie, przy każdej okazji. To prawie tak jak o naszym prezydencie.
Najlepsze jest to, że gdy chłopaki zaczęli zbierać aplauzy i spodobali się powszechnej krytyce, na koncie mieli zaledwie pare koncertów! Dzisiaj coraz częściej możemy znaleźć ich nazwę na plakatach promujących jakiś znany festiwal? Przykład? Prosimy zapiąc pasy. Dla orientacji podam sam sezon letni aktualnego roku:

20.07.08 JAROCIN FESTIWAL – Jarocin
10.07.08 EKO UNION OF ROCK – Wegorzewo
06.07.08 OPEN’ER FESTIVAL – Gdynia

Raczej od zawsze te imprezy kojarzyły się z największymi przeglądami utalentowanych kapel.

Kolorofon przykładowo gra od stycznia tego roku, (!!!) a okładki prasy niezależnej czy imprezy w najlepszym (moim skromnym zdaniem) gitarowym klubie w stolicy – Jadłodajnii Filozoficznej potwierdzają tylko siłe świeżości. Aha – grupa która gra tak króciutko w tym roku gościła takze na Openerze w Gdyni. Słabo? Życzę każdemu takich debiutów po półrocznym założeniu kapeli.

Skąd taka siła? Widać można grać dobrą muzykę nie reklamując się wszędzie i bez znajomości z wpływowymi osobami. Może i oni wpiszą się w historie muzyki alternatywnej w naszym kraju biorąc przykład z Much. Wśród tandety która nas otacza, każdy z nas pewnie chciałby wrócić do czasów gdzie muzykę grało się dla siebie i była to dobra muzyka bo wychodziła od nas nie od managerów i specjalistów od reklamy. Dlatego też do niej powracamy, bo Polska scena muzyczna aktualnie
nie ma nam dużo do zaoferowania. Ale wchodza nowe zespoły które doskonale to widzą i będą chcieli zabrać nas w podróż niodkrytej jeszcze u nas muzyki. Sukces zespołu Myslovitz pokazał nam, że jednak można i u nas. Zapewniam więc, że nasilony w tym roku przypływ muzyki nowej generacji (przynajmniej w Polsce) będzie miał odzwierciedlenie na następne lata. Łykać póki się da!

„Dawid Sowiński”

Październik 3, 2008 Posted by | alternatywa, indie, post-rock, rock, shoegaze | , , , , | Dodaj komentarz

Popowo – rockowy szał w Polsce

Zaczęło się niewinnie, bo Pokoleniem i Anioła głosem. Potem Video wpadli i teraz plenerowe koncerty należą do nich. A to jeszcze nie koniec, bo popularność zaczynają bić inne kapele które także trafiły w czuły punkt mało wymagających słuchaczy

Dopisać też do czołówki można oczywiście jeszcze Dodę, bo ona też próbowała wplątać troszkę rocka między jej nastrojowe ballady. Jak wyszło, każdy wie. Niezręcznie mi zresztą przez sentyment używać określenia „rock”, więc zostańmy przy pop-rocku, chociaż jak dla mnie artykuł ten tyczy się zespołów popowych. I co z tego, że słychać u nich gitary.

Pectus przykładowo, wg. Wikipedii jest zespołem iście rockowym. Ciekawe, co by na to powiedziały legendy tego gatunku…

No, ale wygrali w tym roku Słowika Publiczności na Festiwalu w Sopocie i mają wszystko gdzieś, bo zrobią zapewne niezłe pieniądze. Zespół PIN swoim hitem „Niekochanie” zaatakował większość list przebojów, a wokalista zapewne niejedno nastoletnie serce uwiódł. Grają od 2003 roku, ale szum wokół siebie zrobili właśnie teraz – po sukcesach innych tego typu zespołów. Następna męska grupa to For teens. Po samej nazwie domyślamy się, że nie będą oni oryginalni czy ambitniejsi.

„Teraz wiem

Tak już jest

Jesteś częścią mnie”

Mało odkrywczy tekst z lekkimi gitarami w tle. Ładnie nasza polska muzyczka się rozwija. Łukasz Zagrobelny także ma się dobrze, a Video razem z Anią Wyszkoni podbija stacje radiowe przebojem „Soft”. O Feel’u wspominać nie będę, bo jak jest, każdy widzi. Namieszali ostro, pokazali reszcie, że taka muzyka nadal się sprzedaje i teraz mają na parę miesięcy wprzód zaplanowany kalendarz koncertów. Wszędzie ich chcą.

Zapewne to nie koniec takiego grania. Starsi wyjadacze powrócą ze swoimi nowymi materiałami, które w obecnej modzie pewnie odniosą niemały sukces. Kombii, Szymon Wydra, Ptaky czy Ira będą musieli powrócić, a nowe bandy już się rodzą. Bójmy się więc, bo niedługo o legendach każdy zapomni, a w pamięci będziemy mieli radio Eskę i ich rock.

„Dawid Sowiński”

Październik 3, 2008 Posted by | pop | | Dodaj komentarz

Czesław śpiewa, Polska słucha.

„Gdy emocje już opadły jak po wielkiej bitwie kurz”, można na spokojnie przyjrzeć się fenomenu Czesia. Jakiego Czesia? Bynajmniej nie tego z „Władcy Móch”.

Troszkę namieszał, wszędzie o nim głośno a jego profil na youtube przeżywa prawdziwe oblężenie. Lansowanie go w Radiowej Trójce tylko mu w tym pomogło a występ w tegorocznym OFF Festiwalu Artura Rojka powiedzieć miał szerszej grupie słuchaczy, że warto.

Czesław Mozil(28l) z pochodzenia Polak, jeszcze do niedawna (od 5 do 28 roku życia) mieszkał w Kopenhadze, gdzie uczęszczał do Royal Danish Music Academy. Wrócił jednak do Polski by nagrać swój „Debiut”. I właśnie tak nazwana płyta 7 kwietnia 2008 trafiła na półki sklepowe by porażać nas swoją oryginalnością. Ale czy oby na pewno?

„Gdybym miał kierować się tym, czy solówka gitarowa jest mile widziana w świecie muzycznym w roku 2008, lub czy akordeon sprawi, że wielu słuchaczy odpadnie, to bym tej płyty nie nagrał” – wspomina w wywiadzie dla sklepu internetowego Empik.com.
Tak zaczarował Katarzynę Nosowską, że zagrał nawet na akordeonie w szalenie sławnym koncercie Hey’a – MTV Unplugged. Teraz gra już jako „Czesław Śpiewa” a jego koncerty są pełne żywiołu i ludzie przed sceną jednogłośnie śpiewają jego piosenki.

Więc co jest jego Fenomenem? Czy może język w którym usłyszeć można że ów człowieczek nie wychował się jednak na Polskim podwórku? Czy może specyficzne podejście do muzyki, przeplątany miejski folk z kabaretem śpiewanym i pojawiającym się gdzie nie gdzie zalążkiem alternatywy?
Tekstami? Przecież teksty nie są jego autorstwa tylko internautów(!!), piszących z pomocą krakowskiego poety Michała Zabłockiego. Nie wiadomo, naprawdę trudno jest jednoznacznie orzec co takiego może podobać się w tym albumie. Utwory napisane są bardzo prosto i przyjemnie a teksty są uniwersalne. I może tak naprawdę to o to chodzi? To, że w tej prostocie każdy może odnaleźć coś dla siebie? To, że słowo śpiewane trafia do każdego budząc w nim różnorakie odczucia?

Jedno jest pewne. Na rynku muzycznym brak takiej muzyki i to może my podświadomie ją wybraliśmy . Fakt głosu Grabowskiego to on nie ma, a niektóre utwory zmuszają do refleksji, niektóre zaś powodują uśmiech na twarzy. Jednak jeśli wszystko inne się wam znudziło zachęcam do sprawdzenia tego materiału. Jak się nie spodoba zawsze można nie słuchać.

„Dawid Sowiński”

Październik 3, 2008 Posted by | folk, muzyka | , , | Dodaj komentarz

Długo oczekiwany debiut Out Of Tune

Biegam, szukam, wypatruje.No nigdzie! Nigdzie nie moge dostać debiutanckiej płyty Out OF Tune. Normalnie myślałem, że to jakiś spisek. Że może płyty w ogóle nie ma? Ale jeszcze poszukam.

Cholera!, jeszcze chwi(iiiii)la i kupie Feela! – Myślę sobie a może kupie obie? Nie nie chce tego, chce od chłopaków materiału dobrego! Out Of tune, o tym się mówi, nasza scena indie nas już więcej nie zgubi, materiał na który każdy czeka, a dostarczyciel płyt do sklepów z tym zwleka. Załamany podpieram się ściany, i co ja teraz zrobię może ktoś mi podpowie? Może da namiary bym zdobył ten album wspaniały?

Tak mniej więcej to u mnie wyglądało, a i obserwując społeczność internetową bylo podobnie. Młody warszawski zespół narobił trochę hałasu wydając epke ze swoim „Killer pop machine”, był promowany w radiowej trójce a nawet zagrał w tamtym roku na scenie młodych talentów na Openerze w Gdyni. Ładnie, ładnie przyszłe gwiazdy się szykują. I dużo w tym racji, na koncertach tłumy ludzi żądnych takiej muzyki i długo oczekiwanego debiute. Debiutu który tak naprawdę nic do sceny nie wnosi. Jestem przekonany, że gdyby muzycy wydali swoją płytę w tamtym roku, to było by coś. A teraz? Przecież były Muchy, był Renton, L.Stadt The car is on fire czy Organizm. Niedługo wydadzą Rotofobia czy Hatifnats więc płyta Out of tune przysłowiowego „szału nie robi” A jeżeli ktoś odkryje tu oryginalność, to lepiej niech się w kolumbów nie bawi, bo chłopaki raczej jak pewni dwaj bracia „ukradli księżyc”.

Polskie kawałki jeszcze przejdą. Miło słyszeć jeszcze nasz ojczysty język, ale na Boga! czemu, aj czemu po ingliszu? Przecież taka muzyka grana w naszym światowym uniwersalnym języku brzmi jak każda swojsko-wiejska kapelka. „Plastikowy” Jeszcze przejdzie. Fajnie skomponowany popik, raczej przebojowy więc się przyjmie. „Nie próbuj” też spoko, luzacki taki akuratny. „Przywidzenia” już troszkę gorzej wypada, i podczas słuchania tej piosenki zauważyłem, że wokalista-Pan Eryk, raczej jakiegoś dobrego głosu to nie ma. Czasami na karaoke słyszałem podobne wykonania. „Confidence”, jest fajnie skomponowany z transikowymi sampelkami i może nieźle wypadać na żywo. „Ink-A-Bink” Też jest dość oryginalnie skomponowany, tylko nie wiem po co tam te cięcia gitar. Bez nich byłby fajny klimacik typu na święta Halloween. „What You’re Missing” jest fajne. Takie Rentonowskie. No naprawdę. Jest niezłe.
I chyba słowem „niezły” należy okreslać debiutancki album Out Of Tune. Troszkę namieszali bo nie wiem czy chłopaki mają ogólny zarys co chcą grać. Płyta jest jakaś taka bez konceptu. Może to i dobrze, że nie jest „na jedno kopyto”, ale znowu szkoda, że jest pomieszana. Troszkę Disco-Punku(nienawidzę tego określenia), trochę popu, troszkę gitar i jakiejś tam otoczki indie. Ciekawostka, można posłuchać jak ktoś nie ma styczności z taką muzyką na co dzień. Inni natomiast będą znużeni powtarzającymi się schematami. Za to koncerty mają kozackie. Tyle.

„Dawid Sowiński”

Październik 3, 2008 Posted by | indie, muzyka, pop | , , | Dodaj komentarz

Silent Hill opisany dźwiękami czyli Deathconsciousness!!!

Orgazm, orgazm i jeszcze raz orgazm! Takie uczucie przychodzi mi na myśl kiedy mam opisać debiutancką produkcje grupy Have a Nice Life!

Na samym początku chciałbym powiedzieć tym, którzy słyszeli gdzieś
że album ten jest albumem roku 2008. Tak pod warunkiem, że nic już nas nie zaskoczy, to Deathconsciousness może się stać naprawdę najbardziej niesamowitym zjawiskiem w roku pańskim 2008. Gdy po raz pierwszy założyłem słuchawki na uszy i w środku lasu odpaliłem te wydawnictwo myślałem, że zaraz porwie mnie czar
dźwięków w samo serce lasu, do pradawnych duchów matki natury.
Przestraszyłem się trochę i przeszedł mi dreszcz gdy zabrzmiały
pierwsze dźwięki. Czemu? Bo tu wszystko jest dziwne.

Muzyka taka nie spodoba się raczej słuchaczom tandety do których
przyzwyczajają nas nasze kochane polskie media. Za skomplikowana
na Feel, za brzydka na Dode, za mało pokoleniowa na Kombii. Na
szczęście przymiotniki te tylko dodają siłę tym kompilacją. Więc
cóż to właściwie jest? Jest to coś w rodzaju post-rockowego
Shoegaze’u łączącego w sobie eksperymentalne dźwięki. Na dodatek
tworzone przez 2 panów w domowym zaciszu(!!) Jakby tego było mało jest to ich debiut. Coś niewiarygodnego, coś mistycznego,
brudnego, złego, tajemniczego a jednocześnie bardzo znajomego.
Jak oni mogli mi to zrobić? Czasem przecież trzeba całego sztabu
dźwiękowców i muzyków by zrobić album tak oparty na muzyce . Chłopaki nagrywali wszystko 4 lata domowymi sposobami. Ale co właściwie jest na płytach?

Muzyka mistyczna. Coś jakby Radiohead połączona z psychodelicznymi dźwiękami zaduszonych gitar. Coś jak przejażdżka na drugą stronę lustra, po której powrót do rzeczywistości jest ciężki i wiąże się z bólami glowy. Taki mały psychodramatyczny teatrzyk opisanymi słowami i minimalistyczną porcją dźwięków. Absolutny wymiatacz na płycie czyli „Bloodhail” wprowadza nas w otchłanie naszej mrocznej osoby. Jest to kawałek wolny, nasycony bólem, a przypominam, że muzyka ta to nie żaden metal, czy ciężki rock. To po prostu psychoza, dobra na zwiedzanie wszechświata zakręcona niczym słoik na zime gotowy do uwolnienia smaku i aromatu produktu. Na szczególną uwagę zasłużył też niespełna 10 minutowy utwór „Hunter”, w którym od mniej więcej 6 minuty zaczyna się właściwa przejażdżka. Wyobrażcie sobie teraz największy rollercoaster świata, pędzący z dużą prędkością w dół. Taką przejażdżkę zafundował mi ten kawałek. Kto pamięta motyw przewodni filmu „Requiem dla snu” będzie mile zaskoczony, bo w ostatnich minutach spotykamy się z podobnym zjawiskiem.

Reszta kawałków trzyma poziom swoich wymiataczy, aż nie wiem co o nich napisać, bo musiałbym przywoływać skojarzenia na miarę
człowieka z zaawansowaną schizofrenią.

Dla ludzi nie bojących się eksperymentów i znudzonych
codziennością tandety będzie to spełnieniem ich marzeń. Całą
resztę zapraszam do kupna Video i Ani Wyszkoni.A właśnie! Kto to
do cholery jest Ania Wyszkoni???

„Dawid Sowiński”

Październik 3, 2008 Posted by | alternatywa, muzyka, post-rock, shoegaze | , , , | Dodaj komentarz

Kombii wchodzi na parkiet klubów, czyli o nowej płycie D.A.N.C.E. słów kilka.

Na samym początku chciałbym zaznaczyć że kompletnie nigdy nic mi nie rosło, nie świeciły mi oczy, ani zacierki lepiej mi nie smakowały gdy słuchałem głosu Skawińskiego. Nie oznacza to jednak, że nie pokładałem nadziei nad najnowszą produkcją grupy Kombii.

Dlaczego? Bo miały to być remiksy wszystkich znanych szlagierów zespołu atakujących bezguście naszego narodu. Media karmiły nas przez tyle lat tymi kawałkami, że większość czytających ten tekst zapewne bezproblemowo może zanucić pare utworów. O „Pokoleniu” nie wspomnę.

Gdy tak znana i sprzedawana marka niczym najnowszy Iphone odrywa łatki od swej komercyjnej działalności, wypuszcza na chwile przed startem sezonu klubowego, płytę z remixami ich największych przebojów wymieszanych z klubowymi beatami, to liczy na miejsca w młodziezowych klubach. I tu niestety zespół się przeliczył niczym Kaczyński w sondażach.

Nie wiem czy ostatnio słyszałem tak denne numery. Jeżeli przy takich kawałkach ma zamiar się imprezować aktualna generacja młodzieży polskiej to radziłbym im lepiej spędzić wieczór przy serialach brazylijskich. Już tak spędzając czas możnaby się lepiej bawić.

Pierwsza wersja hitu „Awinion” (A jest ich aż 4!) jeszcze ujdzie. Ma jakiś tam rytm, cięższe sample i po 4 piwach zauważając jakąś ponętną niewiastę może i bym się przyłączył do tańca. Następne 3 to jednak kara boska, które nie zmusiły by do „wejścia na parkiet” człowieka z ADHD. Jedziemy dalej.
„Pokolenie” także pojawia się 4 razy. No ładnie. 2 tytuły a już 8 miejsc w kompilacji zapełnionych.
Prawie jak magia. A jak wykonanie? Tutaj raczej też nic odkrywczego. Chyba jedyną siłą jest tekst
utworu, który trafi(ironizując) do każdego pokolenia. Muzycznie za spokojnie, mizernie i bez polotu.
Spokojnie można przy nich zasypiać.”Sen się spełni” występuje 3 razy z czego pierwszy i ostatni znaczaco się nie różni. Średnie wykonanie.Znalazło się miejsce także na remix w stylu R’n'B piosenki „Myślę o Tobie”. Szczerze? Gdyby takie numery leciały w klubach niedoświadczylibysmy raczej seksownych wygięć figur płci pięknej. A styl R’n'B z tym się powinien kojarzyć.

Nie mam zamiaru dokonywać wyliczeń następnych utworów w tym wydawnictwie. Oczywiście znajdziemy tam także „Słodkiego miłego życia” czy „Nasze Randez Vous”, ale i one mimo iż brzmią sentymentalnie i znajomo nie ratują się zbytnio. O wiele lepiej brzmią ich oryginalne wersje. Paradoksalnie rzecz biorąc najmocniejszą przeróbką naszego polskiego zespołu jest ich angielskojęzyczny utwórur „You Are Wrong” przy którym pisząc ten tekst, noga frywolnie mi podskakiwała dając do zrozumienia że kawałek został zremixowany należycie.

Podsumowując, album(wydawnictwo składa się z 2CD), przedstawia się mizernie. Nie znalazłem tam wiele z tytułowego „dance”.

„Dawid Sowiński”

Październik 3, 2008 Posted by | muzyka | , , | Dodaj komentarz

Najbardziej niesamowite Tournee

Nie jestem Fanem Islandzkiej grupy Sigur Ros.Nie słuchałem jej namiętnie, nie pisałem do bandu maili, nawet nie wiedziałem ile płyt studyjnych mają na koncie oraz- myślałem sobie- po jaką cholerę oni nam w Polsce? Moim zdaniem był to średnio udany eksperyment w który tak naprawdę od płyty „Von” nigdy się nie wgłębiłem.Jak ja kocham się czasami mylić.

Materiał z Tournee po ich rodzimej wyspie wpadł w moje ręce przypadkowo, raczej z nudów i chęci
obejrzenia jakiegoś dziwnego zapisu koncertów.DVD te wyszło na świat pod koniec ubiegłego roku.Co prawda pamiętam jakieś reklamy promujące w periodykach muzycznych oraz bannery w portalach internetowych, jednak inne bandy
słuchane wtedy przeze mnie skutecznie zamknęły moją drogę do sięgnięcia po ten materiał.

Samo wydwnictwo wygląda bardzo porządnie.Dostajemy 2 płyty DVD oraz 104stronnicową książeczkę ze zdjęciami z tej niecodziennej trasy.Na pierwszej płycie znajduje się właściwy materiał, na drugiej zaś oryginalny zapis utworych wykonywanych w tournee.

Cały film zaczyna się bardzo spokojnie i melancholijnie.Jakaś postać wykonuję kaligrafie nazwy zespołu, z gracją i powabem niczym japońscy mistrzowie kanjii, ktoś inny robi nadruk na koszulce a inna osoba wyjawia nam sekret znaczenia słowa „Heima”. „Heima” znaczy dom i z tą wiadomością należy przejść przez cały materiał niczym ktoś kto wraca do swojej miejscowości z bardzo ważnego zadania. Zadania raczej udanego. „Nasze koncerty odbywają się często w dużych, zatłoczonych miastach, dlatego powrót do naszej przestrzennej Islandii jest swego rodzaju formą relaksu i wyciszenia” – powiedzial tak frontman zespołu. Trudno się z nim nie zgodzić.

Cały zapis składa się z drobnych malutkich koncercików, nigdzie niezapowiadanych w małych budynkach, w krajobrazie Islandzkich gór czy łąk i opuszczonych zniszczonych postindustrialnych budowli.Muzycy IDEALNIE wplasowali się muzyką, swoją symboliką a niesamowity falset Jóna Þór Birgissona przenosi nas do  magicznej Islandii. Krainy odległej i nieznajomej dla przeciętnego zjadacze chleba.Zespół dzięki swojemu minimalistycznemu podejściu do dźwięków zabiera nas do krainy dziewiczego piękna w którym każdy dźwięk jest na miare złota(choćby ukazany później instrument z kamieni). Przez cały materiał możemy przyjrzeć się przyrodzie i krajobrazom ich rodzimej wyspy. Wyspy szczególnej, czego na pewno każdy kto obejrzy te DVD sam uświadczy. Przeplatające się motywy jak np. pływające odłamy lodu, fale morskie, pastwiska owiec, stary zardzewiały statek, wieczór, rodziny z dziećmi, wolna przestrzeń i melancohlia Islandii dodaje nie tylko uroku całej muzyce ale też odkrywa przed nami nowe horyzonty estetyczne. Każda sekunda podczas oglądania oraz słuchania tego filmu skłania nas do refleksji na temat piękna minimalizmu, a niecodzienne plenerowe miejsca grania muzyków zwraca naszą uwagę na niesamowitość natury.

Ten niecodzienny film powinien obejrzeć nie tylko fan „Sigur Ros’a”. Myslę, że zdjęcia mistycznej wyspy spodobają się także każdej osobie nie związanej zbytnio z ich twórczością. Nie widziałem jeszcze takiej produkcji.Czysta magia.

„Dawid Sowiński”

Październik 3, 2008 Posted by | alternatywa | , | Dodaj komentarz

Młodzieżowo i tanecznie

Minęły  2 miesiące od pojawienia się debiutanckiej płyty Warszawskiej formacji Renton, a szum, jaki wokół siebie narobili, przypomina mi ten z przed paru miesięcy – debiut zespołu Muchy.

Ci bardziej wnikliwi, tudzież przyklejeni do fotela przed telewizorem, zespół poznać mogli dzięki szlagierowi „Hey Girl” towarzyszącemu kampanii reklamowej jednego z operatorów telefonii komórkowej. Teraz, gdy pełnometrażowy album trafił w końcu na półki sklepowe, o formacji coraz częściej mówi się jako o „odkryciu muzycznym roku”.
Renton serwuje nam muzykę z pod znaku indie/college rocka, lub, jak kto woli, szeroko pojętej alternatywy. Brzmi młodzieżowo, tanecznie, wesoło, a partie gitar aż zapraszają do włączenia się w melodię. Po samej okładce zresztą co bystrzejszy zrozumie, co można znaleźć w środku. Czy to jednak minus płyty, że muzyka brzmi młodzieżowo i akurat nadaje się do tańca lub skakania na koncertach?
W Polsce panuje dziwne przekonanie o tego typu przedsięwzięciach. Scena Indie mocno kuleje, przekonanie do niej w zasadzie nijakie, więc grupy tego typu mogą wywoływać dziwne komercyjne skojarzenia. W zasadzie formacje, przy których młodzież skacze na koncertach wśród „starej gwardii”, przeważnie są wyszydzane z racji swojej dostępności. Na szczęście takie regresywne poglądy w zasadzie mijają.
Nie ma co zbytnio omawiać całego albumu, gdyż piosenki są bardzo do siebie zbliżone.
Śpiewają po angielsku, czuć kalifornijski klimat młodzieży bawiącej się na plażach, jednak podane nie w pop-punkowej oprawie, tylko indie/college rockowej. Niektóre kawałki przypominają coś z hybrydy popu, jest nawet jeden „zamulacz” – „Drifted”. Pierwszy kawałek, „Lover’s Game”, pokazuje nam szlak tego wydawnictwa, zaś następny – „Hey Girl” – utwierdza nas w przekonaniu, że wsiedliśmy do dobrego pociągu.
Wymagać od chłopaków, żeby się stali ojczystym Franzem Ferdinanden na pewno nie można, jako że chłopaki nie mają aż takiego stażu. Jest to na pewno następna płyta po „Muchach”, która zwróci uwagę na tego typu muzykę w naszym ojczystym kraju, a 9 Sierpnia wystąpią chłopaki na największym festiwalu muzyki alternatywnej w Polsce – na Off Festiwalu Artura Rojka. Jeśli nie jesteś marudą, przy „Take Off” miło spędzisz tegoroczne wakacje. Może niestety tylko te, ale i tak warto.[8/10] – Podniosłem do 8, jako że w Polsce w zasadzie brak takiej muzyki.
„Dawid Sowiński”

Październik 3, 2008 Posted by | alternatywa, indie | , , | Dodaj komentarz

   

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.